niedziela, 29 grudnia 2013

Anorexia Nervosa. rozdział 2

ROZDZIAŁ 2

Długo wyczekiwana Anorexia wreszcie została zakończona i przepisana xD Mam nadzieję, że nie jest to taki totalny gniot za jaki ja ją uważam ;>  Dedyk dla Quik, bo to ona zmuszała mnie do przepisywania tego na kompa xD

Tak! Całujcie stopy zbawcy, bo gdyby nie ja, to Karolajn nigdy by nie wstawiła tego rozdziału!
Już mykam, nie bij >.>

Enjoy ^^


                                                     ~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~


Następnego dnia Harry obudził się, bo ktoś wyraźnie pukał do jego pokoju. Wstał z łóżka, nałożył na siebie okulary i spróbował okiełznać swoja fryzurę. Włosy jednak nie były chętne do współpracy, więc po próbie uczesania się, grzebień utkwił mu na głowie.
Harry machnął na to ręką i podszedł do drzwi, aby je otworzyć. Zobaczył za nimi Bethany i stanął bokiem, żeby nie zauważyła plastiku wystającego mu z włosów.
-Dzień dobry Harry! – powiedziała radośnie po czym wręczyła mu jakąś kartkę. –Oto twój dzisiejszy plan lekcji.
Harry rzucił okiem na nazwy przedmiotów i zamarł ze zdziwienia kiedy zamiast zwykłych zajęć Hogwardzkich ujrzał matematykę, angielski, geografię, fizykę i inne dziwne przedmioty.
- Yyy… Fizyka ? Mam lekcje FIZYKI ? – zapytał, elokwentnie otwierając usta za zdumnienia.
-Tak. To normalne – powiedziała Bethany przyglądając mu się uważnie. – W poprzedniej szkole właśnie takie miałeś zajęcia…
I wtedy Harry załapał. Jest przecież w mugolskim ośrodku, więc nikt tu nie słyszał o transmutacji czy eliksirach. A każdy mugolski nastolatek chodzi do mugolskiej szkoły i uczy się czegoś mugolskiego.
Kiedy on chodził jeszcze do podstawówki i nie wiedział, że jest czarodziejem też miał takie dziwne zajęcia.
-Ach... No tak... - powiedział szybko - proszę mi wybaczyć jestem jeszcze zaspany i to dlatego... - próbował się tlumaczyć.
-Oczywiście, nic się nie stało – Bethy przestała mierzyć go wzrokiem i znów uśmiechnęła się. - Dziś zaczynasz od 10.00 angielskim z panią Nett. Sale lekcyjne są na parterze, musisz iść tamtym korytarzem, tam są cztery pary drzwi. Angielski masz w 3. Jeżeli nie będziesz mógł trafić to zapytaj któregoś z pacjentów, albo kogoś z personelu, dobrze?
-Tak. Dziękuję za te wszystkie informacje - tym razem to Harry się uśmiechnął. - Miłego dnia- powiedział, kiedy odwróciła się i miała zamiar odejść.
- Dziękuje chłopcze, nawzajem. Mam nadzieję, że szybko uda ci się tu odnaleźć- powiedziała i odeszła, a Harry zamknął drzwi.
Zaraz potem znów podjął próbę wyciągnięcia zaplątanego grzebienia z włosów, ale dziad trzymał się mocno. Harry westchnął i zaczął się ubierać. Założył ciemnoniebieskie jeansy i zwykłą koszulkę w białe i granatowe paski. Kiedy już się ubrał i spojrzał na zegarek, zauważył, że jest już 8.45, czyli musi być na śniadaniu za 15 minut. Już miał wychodzić, kiedy znów usłyszał pukanie do drzwi. Otworzył je i zobaczył Dracona.
-Zdajesz sobie sprawę, że z włosów, o ile można tak nazwać tą szopę, wystaje grzebień? - zapytał patrząc na niego z podniesionymi brwiami.- I wiesz, że masz właśnie bardzo głupią minę?
-Hmpf… Tak Draco… Wiem o tym, ale nie umiem go stamtąd wyciągnąć - powiedział zażenowany Harry.
Blondyn roześmiał się słysząc te słowa i ton czarnowłosego, a potem z uśmiechem na ustach zapytał:
-Ty, Chłopiec, który przeżył i skopał Czarnemu Panu tyłek więcej niż raz, nie potrafisz się sam uczesać? Chodź no tu, pomogę Ci, znaj moją łaskę.
-Pff… - sapnął okularnik, ale posłusznie usiadł na łóżku, żeby Draco miał łatwiejszy dostęp do jego czupryny. Chwilę później poczuł na głowie delikatne dłonie Ślizgona. Ciało Harrego, nie wiadomo dlaczego, przeszedł przyjemny dreszcz, kiedy blondyn próbował wyplątać grzebień z jego włosów. Przeciągał jeden kosmyk za drugim i szczotka powoli zaczynała odpuszczać.
-Powiedz jak będę cię szarpać - powiedział Draco od nowa rozczesując czarną szopę. Jednak robił to tak umiejętnie, że Harry nie miał zastrzeżeń. Kiedy w końcu skończył szybko pobiegli razem na stołówkę.


********


-Jaki przedmiot masz pierwszy ? - zapytał Draco, kiedy wychodzili ze stołówki. - Ja angielski z Nett.
-Ja też! - ucieszył się Harry. - A tak w ogóle, to jak sobie radzisz z tymi wszystkimi „normalnymi” lekcjami? Przecież jesteś czystej krwi, więc o matematyce chyba nigdy nie słyszałeś..?
-WŁAŚNIE dlatego, że jestem arystokratą czystej krwi, mój ojciec postarał się, żebym był wszechstronnie wykształcony – zaczął Malfoy swoim głosem mówiącym "i tak jestem lepszy od ciebie" - Zanim dostałem list z Hogwartu przez Malfoy Manor przewinęło się mnóstwo profesorów. Kiedyś nawet miałem lekcję fizyki, ale nie szło mi z nią zbyt dobrze, zresztą tak samo jest teraz, więc wyrzuciłem nauczyciela.. albo kilku... - uśmiechnął się na wspomnienie swoich zapewne niecnych czynów. - Merlinie, kto wymyślił coś takiego? Mam ogromną ochotę, żeby cofnąć się w czasie i skopać tej osobie tyłek! Ale teraz może chodźmy już na lekcje, bo Nott jest gorsza od McGonagall kiedy się wkurzy.
Więc już po chwili obaj chłopcy siedzieli już razem w sali.

**********

-Nie sądziłem, że nawet na mugolskich lekcjach jesteś taki aktywny – stwierdził Harry, kiedy po lekcji angielskiego wyszli z sali. - Mimo, że to ja wychowałem się u mugoli, to ty wiesz o wiele więcej ode mnie.
Draco popatrzył na niego zadowolonym wzrokiem.
-To było jasne, zawsze jestem od ciebie lepszy – powiedział pokazując mu język.
-No to chyba nie pamiętasz już naszych meczy Quidittcha – zaśmiał się czarnowłosy.
- A co to jest Kłiditcha ? - zapytała Olivia, która nagle pojawiła się przy nich.
- Yyy... Olie, podsłuchujesz nas? - zapytał Draco szybko usiłując wymyślić co to jest Quiditch.
- No wiesz, ktoś musi was pilnować – powiedziała niewinnie. - Nigdy nie wiadomo, jakie mroczne pomysły czają się w twojej jasnej blond łepetynie. Jeszcze będziesz chciał zniszczyć niewinność naszego Harrego – powiedziała śmiejąc się.
- Niewinność ?- zdziwił się Harry. - Draco ? Ale, że co? - zapytał patrząc się niepewnie to na Olivię, to na Draco.
- Drużyna piłkarska! - wykrzyknął nagle blondyn patrząc na dzieczynę – Quidditch to drużyna piłkarska, w której kiedyś graliśmy razem z Harrym – powiedział tryumfalnie.
- Drużyna powiadasz? A czy to nie ty przypadkiem wzbraniałeś się przed grą w piłkę, twierdząc, że cytuję " jesteś arystokratą i nie masz zamiaru grać z tą biedotą"?
Harry parsknął śmiechem i popatrzył radośnie na Dracona.
-Pff... To było dawno. A poza tym to... nie byłem ja! - bronił się, a kiedy Olivia miała zamiar protestować rzucił jeszcze – nie wgłębiaj się kobieto. - Po czym chwycił śmiejącego się Harrego i pociągnął na następną lekcję.


************


-A więc Harry, chcesz mi w końcu coś o sobie opowiedzieć? - to była kolejna terapia indywidualna, na której się nie odzywał.
Harry jakoś jak zwykle nie odczuwał większej chęci uzewnętrzniania się przed obcą osobą. Rozmowy z Draco mu wystarczały, a nawet pomagały.
-Dobrze... Tematem naszej dzisiejszej rozmowy, a raczej mojego monologu, będzie to jak sam siebie postrzegasz. - Johanna podała mu kartkę papieru – czy mógłbyś narysować tutaj siebie ?
Harry wziął do ręki ołówek i zaczął rysować. Okrągła głowa, duży, okrągły brzuch, ręce i nogi jak u ludzika patyczaka.
Teraz się zacznie - pomyślał - "Dlaczego tak siebie postrzegasz? Przecież jesteś przeraźliwie chudy!", "Chyba dobrze wiesz, że tak nie wyglądasz" i tak dalej...
Na szczęście kobieta pokiwała tylko głową i podsunęła mu następną kartkę.
-A teraz możesz narysować siebie, ale takiego jaki jesteś w swoich marzeniach.
Harry zastanowił się chwilkę. W marzeniach jest on, chudy, a obok niego Draco. I oboje są szeroko uśmiechnięci. Ale tego nie może narysować. Dlatego na kartce pojawia się uśmiechnięty patyczak. Jego brzuch to chuda kreska.
-Dobrze... myślę, że na dzisiaj możemy już skończyć. Dziękuję że dzisiaj zacząłeś choć trochę ze mną współpracować. Do widzenia Harry.


***********

Kilka dni minęło i Harry zdążył już wejść w szpitalny rytm.
Codziennie rano Draco przychodził po niego i razem szli na śniadanie, potem każdy z nich szedł na lekcje. Czasami mieli lekcje razem i wtedy zawsze siadali w jednej ławce. Podczas nudnych lekcji i na przerwach rozmawiali ze sobą i czasami dołączała się Olivia albo jakiś inny członek oddziału. Jak zwykle trzeba było zjadać wszystko z talerza, a Harry często znajdował sposób, żeby coś schować do kieszeni i nie zjadać tak dużo. Jego waga nie podnosiła się zbytnio, więc lekarze kręcili zasmuceni głowami po każdym ważeniu.
Harry był z siebie zadowolony, że mimo takiego rygoru udaje mu się zmylić wroga. Czasami czuł się słabo, ale za każdym razem Draco zauważał, że Harry blednie i prowadził go wtedy do pokoju. Zostawał z nim, przynosił mu szklankę wody. Draco też czasami nie czuł się najlepiej i wtedy znikał w swoim pokoju na kilka godzin i nie pozwalał wchodzić Harremu do środka.
Za każdym razem, gdy blondyn opuszczał Harrego, ten szedł do siebie i czekał, aż Draco po niego przyjdzie. I tak mijały dni, jesień stawała się coraz zimniejsza i większość liści już pospadało.

Pewnego popołudnia siedząc w sali telewizyjnej, Draco wygrażał Nicoli, która siedziała przed ekranem i oglądała jakąś komedię romantyczną.
Harry starał się uspokoić go i zaciągnął go w kąt sali, żeby z nim porozmawiać.
-Draaaacoo ! Już wystarczyyyyy.... Zejdź z niej, przecież jak się uparła to nie zmieni zdania, żeby po prostu zrobić ci na złość. Przecież znasz ją!
-Argh..! Dobra, teraz się uspokoję, ale ja jej tego nie odpuszczę ! - ostatnie zdanie niemal wykrzyczał, żeby dziewczyna go usłyszała.
Jej reakcja była zaskakująco żywiołowa, bo tylko leniwie podniosła rękę nad kanapę z poniesionym do góry środkowym palcem. W tym momencie Harry na prawdę musiał użyć całej swojej siły, by powstrzymać Dracona przed rzuceniem się na nią.
-Malfoy! A nie możemy po prostu porozmawiać? Jak zawsze? - zapytał i blondyn zgodził się kiedy tylko spojrzał w te szmaragdowo zielone oczy. Rozmawiali więc o wszystkim i o niczym i nagle dyskusja zeszła na opowieści o ich dzieciństwie.

-Moi rodzice przywiązują bardzo dużą uwagę do wykształcenia swojego potomka. Przez to moje dzieciństwo nie było zbyt ciekawe i fajne - powiedział blondyn z nutką smutku w w głosie. - Cieszyłem się tylko kiedy matka czytała mi bajki na wieczór. Niestety kiedy skończyłem 7 lat nie było już więcej bajek, bo byłem już "dużym chłopcem"...
Harry popatrzył się na niego ze smutkiem i powiedział cicho:
- Jak byłem mały to mieszkałem w komórce pod schodami, a mój wuj zamykał mnie tam bez jedzenia jeżeli coś przeskrobałem, albo wokół mnie działy się dziwne rzeczy. Oni wszyscy.. nie tolerują magii... A wokół mnie działy się różne niewytłumaczalne rzeczy, dlatego często byłem przez nich karany...
Draco patrzył na niego z szeroko otwartymi oczami.
- Nie martw się - Harry uśmiechnął się kącikami ust. - Można było się przezwyczaić. Ale to właśnie dlatego nie wracam do domu na święta tylko zostaję w zamku. I to tak naprawdę dlatego się tu znalazłem.
- Jeżeli nie chcesz tam wracać to zapraszam do mnie... nie chcę znowu spędzać świąt samotnie. A wiele moich rezydencji stoi pustych. Miło by było spędzić święta z kimś, kogo się naprawdę lubi. O ile uda nam się wyjść... - powiedział i uśmiechnął się ze smutkiem.
Harremu nie umknęło to, że blondyn wspomniał, ze go lubi,

********

-Wszyscy już są? - zapytała Johanna, rozpoczynając terapię grupową. - Dobrze. Czy jest coś o czy chcielibyście porozmawiać?
Cisza. Zresztą jak zwykle.
-A więc to ja rzucę temat i chwile o nim pogadamy. Dlaczego nie akceptujemy siebie? Ktoś chciałby zacząć?
Zgłosił się David.
-Ludzie nie chcą siebie akceptować, przez swoje wady. Boją się ich i myślą, że nikt ich przez nie nie polubi. Dlatego łatwiej jest zamknąć się w sobie, nie dopuszczać innych do siebie i nie akceptować samego siebie.
-Nie akceptujemy siebie przez swoje wady... Dobrze David. Ale dlaczego nie wyjdziemy do innych i nie przekonamy się czy naszych wad nie da się zaakceptować?
-Bo boimy się odrzucenia. Jak już powiedział David, kiedy jesteśmy przytłoczeni rzeczywistością, boimy się tak naprawdę wszystkiego, ale najbardziej odrzucenia.


*********

Przez kilkanaście tygodni spędzonych ze Ślizgonem bardzo się do siebie zbliżyli. Harry nie mógł uwierzyć, że w szkole nie kolegowali się, bo teraz doskonale im się ze sobą rozmawiało, często się śmiali i prawie wszystko robili razem. Nie mógł sobie wybaczyć tego, że w pierwszej klasie bez zastanowienia odrzucił jego przyjaźń. Cieszył się na każde spotkanie, choćby króciutkie z Draco, jednak dalej pamiętał o przyjaciołach z Gryffindoru. Zastanawiał się, czy wiedzą gdzie wylądował i czy się o niego martwią. Postanowił napisać sowę do Hermiony, ale nie miał pojęcia jak to zrobić, skoro nie ma przy nim Hedwigi i wokół są sami mugole. W końcu zdecydował, że zapyta Draco co zrobić, żeby skontaktować się z kimś z Hogartu.
-To całkiem proste, wystarczy, że napiszesz list i oddasz go pielęgniarce, mówiąc, że to do dyrektora twojej szkoły. Oni wtedy wysyłają list na mugolski adres kontaktowy naszej szkoły, z którego ktoś wysyła sowę z twoim listem do Hogwartu. Tak samo jest kiedy mugole chcę się skontaktować że swoim dzieckiem, które chodzi do Hogwartu. Nie wiedziałeś ?
-Nie?- bardziej zapytał niż powiedział Harry, nie chcąc, by Draco znów miał satysfakcję, że wie więcej od niego. - Ale skąd ty to wiesz? - zdziwił się czarnowłosy.
-Ja wiem wszystko – powiedział tylko Malfoy. - Chodź, napiszesz sobie ten list, ale może najpierw znajdziemy ci jakiś papier. Wiesz dlaczego nie mamy go w pokojach? - popatrzyła na Harrego i roześmiał się. - Oczywiście, że nie wiesz. Tylko ja wiem wszystko. Niedawno była tu taka dziewczyna, nazywała się Diana i cięła się wszystkim czym się dało. W tym i kartkami. Dlatego teraz można dostać papier od pielęgniarek jeżeli nie jesteś samookaleczającym się. A oni mogą coś robić z papierem pod nadzorem. Niby taką kartką nie można sobie wiele zrobić, ale im daje ulgę nawet takie małe coś. Bo większych możliwości raczej nie mają, a raczej nie mieli...
Zycie na oddziale jest dziwne – pomyślał Harry.

*********

Droga Hermiono !
Chciałem tylko napisać, że u mnie wszystko w porządku. Jestem w mugolskim ośrodku. Nie zgadniesz, kto też tu jest... Draco Malfoy ! Okazuje się, że nie jest taki zły jak myślałem. Jest dobrze. Pozdrów Rona w twoim następnym licie do niego. I nie pisz mu o mnie, nie chcę, żeby się martwił.
Harry

-Dobra, możemy wysyłać – zarządził Harry kiedy włożył list do koperty. - Draco? - Harry obejrzał sie i zobaczył blondyna siedzącego na krześle z twarzą bladą jak kartka papieru. -Draco ! - zawołał i podbiegł do niego.
-Nic mi nie jest... Zaraz będzie dobrze, idź oddaj ten list pielęgniarce, a ja zaczekam tu w pokoju. - powiedział cicho i spróbował odepchnąć Harrego w stronę drzwi.
-Nic ci nie jest! Draco! Nawet nie próbuj udawać. Masz -wcisnął mu w rękę czekoladkę, którą każdy dostawał do obiadu, a której Harry oczywiście nie zjadł. - Masz to zjeść. Słyszysz? Jak tu zaraz wrócę to to ma być zjedzone.
Draco pokiwał głową i podniósł rękę do ust.
-Zaraz tu wracam – rzucił Harry i pobiegł do kuchni po szklankę wody.


**********

Żeby tylko nic mu się nie stało. Żeby tylko nic mu się nie stało. Żeby tylko nic mu się nie stało - powtarzał w swojej głowie Harry biegnąc z wodą do pokoju Draco. Pokonał schody w ekspresowym tempie, dobiegł do drzwi i otworzył je jak najszybciej.
-Pomocy! Błagam niech ktoś tu przyjdzie! - zawołał widząc blondyna leżącego na podłodze. Ukląkł obok niego i sprawdził mu puls. Był ledwo wyczuwalny.
-Pomocy! - zawołał znowu i z odrobiną ulgi przywitał szybkie kroki na korytarzu. Po chwili do sali weszła pielęgniarka Bethany, błyskawicznie oceniła sytuację i zawołała w głąb korytarza :
-Wózek do 14, nieprzytomny anorektyk.
Odsunęła Harrego od blondyna, a chwilę później inna pielęgniarka wyprowadziła gryfona z pokoju.
-Chłopcze! Chcesz żebyśmy mu pomogli? - Harry popatrzył na nią nieprzytomnym wzrokiem i pokiwał głową. - Tak? Więc zostaw go teraz pod naszą opieką. Jest bezpieczny - powiedziała na.zakończenie i weszła do pokoju Dracona.
Czarnowłosy stanął pod ścianą, a po chwili osunął się po niej na ziemię. Zauważył, że ma mokre policzki, ale nie mógł.sobie przypomnieć kiedy zaczął płakać. -A tak właściwie to dlaczego zaczął płakać? Przecież Draco Malfoy to jego wróg - powiedział do siebie w myślach, ale od razu wiedział, że to już nie jest prawda. Że od początku pobytu tutaj stali się dla siebie kimś zupełnie innym... Nagle drzwi do pokoju Dracona otworzyły się i opieka szpitalna wywiozła go na kozetce. Kiedy tylko Harry zauważył, że blondyn ma lekko otworzone oczy, podszedł do niego i powiedział cicho, pochylając się nad nim:
-Trzymaj się Draco. Zrób to dla mnie...
Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale pielęgniarki już zabrały jego łóżko i Harry znów został sam.

*********

-Proszę pani! Pani Johanno! Czy... czy wie pani coś o Draco? - zapytał Harry, kiedy tylko udało się mu ją znaleźć.
-Tak... Coś już wiemy, ale niewiele. A poza tym, ty nie jesteś rodziną i nie mogę udzielić ci informacji o nim, Harry - odpowiedziała.
-Błagam panią! Chcę tylko wiedzieć czy czuje się już lepiej... Proszę! - nie dawał za wygraną chłopak.
-No dobrze.. Zauważyłam że jesteście przyjaciółmi więc coś tam może i mogę powiedzieć. Leży teraz części szpitalnej i jest badany. To, że dzisiaj zemdlał było spowodowane skrajnym wyczerpaniem organizmu. Od wielu dni musiał dostarczać organizmowi bardzo mało składników odżywczych...
-Ale przecież on jadł! Nawet więcej niż ja. Jego talerz zawsze był pusty...
-Jak dobrze wiesz, z własnego doświadczenia, osoby z zaburzeniami odżywiania mają wiele sposobów na ukrywanie jedzenia... Niestety nawet tu nie dajemy rady pilnować każdego, bo mamy za mało personelu... Ale teraz idź już na kolację, bo ty też nie wyglądasz zbyt dobrze, a nie chcemy, żebyś dołączył do pana Malfoya. - Dokończyła patrząc na niego troskliwie. Harry miał trochę poczucie winy, bo on też chował jedzenie.
-Dobrze, już idę, ale może mi pani jeszcze powiedzieć kiedy mógłbym go odwiedzić?
-Niestety nie wiem... Musisz zapytać jakiegoś lekarza - powiedziała i odeszła.
Harry ruszył w stronę stołówki, a w jego głowie krążyły myśli o Draco - dlaczego to zrobił, dlaczego nie powiedział mu, że jest mu źle? czy nie byli sobie wystarczająco bliscy? jak on się teraz czuje? Draco Draco Draco Draco....
-Dlaczego tak mi zależy? - zapytał sam siebie podchodząc do drzwi stołówki. Otworzył je i wszedł do środka po czym ruszył po swoje jedzenie. Razem z talerzem powędrował do pustego stolika i usiadł. Kiedy popatrzył na jedzenie od razu stwierdził, że nie jest głodny. Nie chodziło o danie, ale atmosfera po zabraniu Draco, skutecznie wytrąciła go z równowagi. Rozdziobał jedzenie po całym talerzu i szybko odniósł talerz do kuchni. Na szczęście nikt z personelu nie zwrócił na niego uwagi. Harry postanowił znaleźć jakiegoś lekarza i zapytać go o Draco. Może pozwoli mu do niego pójść. Wyszedł na korytarz i koło recepcji zauważył doktora Jamesa.
-Panie doktorze! - zawołał i szybko podbiegł do niego. - Czy wie pan już coś w sprawie Draco ? On... Rano zabrali go z pokoju, bo był nierzytomny.
-Przykro mi, panie Potter, ale nie mogę udzielić ci żadnych informacji, bo nie jesteś z rodziny.
-Ale on nie ma rodziny ! A ja jestem jego przyjacielem i my chodzimy razem do szkoły... Proszę mi tylko powiedzieć kiedy mógłbym go odwiedzić...
-No dobrze, ale proszę nie iść do niego dzisiaj, najwcześniej jutro wieczorem będzie się można z nim zobaczyć. Leży w części szpitalnej w sali 312. Ale pamiętaj, żeby go nie męczyć, jest bardzo słaby.
-Tak... Oczywiście. Dziękuję – powiedział Harry i lekarz oddalił się.
Harry poszedł do pokoju telewizyjnego, tam przysiadła się do niego Olivia i próbował go pocieszyć widząc jak tępo wpatruje się w ścianę. Do chłopaka jednak nic nie docierało, więc po kilkunastu minutach odeszła rozmawiać z Maggie.
Chłopak siedział przed oknem i wpatruje się w ciemność za oknem.
Mijają sekundy, minuty, godziny, a on wciąż siedzi nieruchomo.
-Jeżeli zaraz go nie zobaczę, nie porozmawiam z nim, to zamienię się w taką ciemność – myśli.
-Idę do niego – postanawia nagle. Wymyka się z pokoju i ciemnymi korytarzami cicho idzie do części łączącej szpital i oddział. Mija pielęgniarkę na recepcji i szybko przechodzi na stronę szpitalną. Dochodzi na 3 piętro i liczy drzwi oddzielające go od spotkania z Nim.
Sala 312.. 296, 298, 300, 302 ... 308, 310, Jest ! 312 !
Jednak nagle ogarniają go wątpliwości. Co jeśli blondyn śpi? On nie chce go go budzić, bo przecież chłopak musi teraz odpoczywać... Ostatecznie otwiera cicho drzwi i wślizguje się do środka. Na łóżko, jedyne w tej sali, pada lekki blask księżyca. Draco leży w otoczeniu zielonej pościeli, a jego twarz wygląda przepięknie w księżycowym świetle. Policzki nie są tak blade jak były kiedy Harry ostatnio je widział, nabrały nawet lekko różowej barwy. Wokół łóżka stoi sporo urządzeń, niektóre pikają cicho inne migają. Pod kołdrą znika przezroczysta rurka zakończona igłą. Kroplówka. Czarnowłosy podchodzi bliżej podchodzi i siada na krześle stojącym przy łóżku. Na czole leżącego widnieje zbłąkany kosmyk blond włosów. Harry wyciągnął rękę i odsunął go.
Nagle Draco otworzył oczy i ze zdziwieniem spojrzał na kolegę. Gryfon speszył się odrobinę, ale nie odwrócił wzroku od stalowoszarych oczu Malfoya.
-Harry? Co ty tu robisz? Co się stało? - zapytał zaskoczony.
-Nie mogłem nie przyjść – szepnął, ale na tyle głośno, żeby blondyn go usłyszał. Lecz po chwili jego twarz spoważniała i lekko trzepnął go w ramię – Draco ty głupku! Dlaczego nie jadłeś?! Wiesz jak się martwiłem? Odkąd cie zabrali nie myślę o niczym innym tylko o tobie!
-Dlaczego... Dlaczego tak się o mnie martwiłeś? - zapytał blondyn i szeroko otworzył oczy oczekując odpowiedzi.
-Zależy mi na tobie, cholera! - sapnął Harry. - Pytasz dlaczego? Może dlatego, że drugiego takiego dupka nie znajdę?

Łzy wcale nie zaczęły płynąć z ich oczu chwilę przed tym jak ich usta połączyły się w pocałunku.


~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

Chciałam tylko powiedzieć, że przepraszam, że dopiero teraz dodaję rozdział... Mój leń na przepisanie tego osiągnął monstrualne rozmiary xD 
błagam piszcie jak zauważycie literówki ;)) 

wtorek, 5 listopada 2013

"Let the pain go away" - rozdział 2

Hej hej. Jest tu kto? xD całkiem szybko (jak na mnie) poszło mi z tym drugim rozdziałem także no... macie co czytać. Tym razem rozdział wyszedł trochę dłuższy niż poprzednio. A cóż z tego wyszło? Zobaczcie... bo ja nie wiem. Za betę ślicznie dziękuję Cyzi <3 
Btw scena na końcu była właśnie pierwszym pomysłem na to opowiadanie xD

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

   Gdy Emmett skończył oprowadzać Alexa, było już po godzinie 16.00. Na dworze było jeszcze jasno, ale słońce zaczeło chować się za drzewami. Korytarze powoli pustoszały i tylko ze szkolnego boiska dobiegały okrzyki grających w nogę kolesi. Obaj chłopcy wyszli przed szkołę.
- Aaaale jestem głoodny! - stwierdził Emmett, przeciągając się. Zaraz jednak zadygotał z zimna, gdy jesienny wiatr musnął jego skórę. Nic dziwnego, skoro wyszedł na dwór w krótkim rękawku... Wyciągnął z plecaka szarą bluzę z kapturem i szybko ją założył. Spojrzał na Alexa, który stał tuż obok niego. Miał na sobie ciemną kurtkę oraz jeansowe rurki lekko opinające jego zgrabne, chudziutkie nóżki.
- Idziemy na miasto coś przegryźć? Padam z głodu... - rzucił blondyn.
- Jasne, czemu nie - odrzekł Alex po chwili zastanowienia. Chyba nie zbyt często wychodził gdzieś ze znajomymi...
- Okej, co powiesz na pizzę hawajską? - spytał Emmett, oblizując się. Alex widząc ten gest, zagapił się na jego idealne usta.
- W sumie... to nigdy nie jadłem hawajskiej pizzy... - speszył się chudzielec.
- Żartujesz! - wykrzyknął Emmett ze zdziwieniem - Naprawdę? Musisz jej spróbować. Znam świetną pizzerię, jest tuż za rogiem i...
   Tym sposobem spędzili razem całe popołudnie. Jak na pierwszy dzień znajomości poszło im całkiem nieźle. Podczas jedzenia pizzy znaleźli ze sobą kilka wspólnych tematów, na przykład ulubione zespoły i seriale. Oboje uwielbiali Doctora House'a, AC/DC i nie znosili romansideł twierdząc, że są już dawno przereklamowane. Podczas jednej z rozmów, dotyczącej najdziwniejszych aktorów, Emmett pierwszy raz zobaczył, jak Alex naprawdę się uśmiechnął. Ucieszył się z tego powodu, bo znaczyło to, że nie tylko on dobrze się bawi. Naprawdę polubił tego kolesia, choć tak krótko go znał. Wiedział jednak, że nie może liczyć na nic więcej niż przyjaźń, ale chwilowo mu to wystarczało.
   Po skończeniu jedzenia ruszyli w stronę domu. Blondyn odprowadził kawałek nowego kolegę i wrócił do siebie. Rodziców znowu nie było, co oznaczało, że pewnie są na jakimś ważnym spotkaniu bądź delegacji i wrócą najwcześniej jutro... Emmett już dawno przestał się interesować tym co robią, więc zwyczanie się nie przejął i zajął swoimi sprawami. Odrobił szybko lekcje, wykąpał i rzucił się na kanapę by pooglądać jakiś głupawy film lecący w telewizji. Po chwili uświadomił sobie, że nawet nie wziął od Alexa numeru telefonu... No trudno, jutro go o to zapyta. Zamiast filmu zaczęły lecieć reklamy, przerywając Emmettowi oglądanie. Już zamierzał skorzystać z okazji i ruszyć do kuchni po coś do picia, gdy zawibrował jego telefon, oznajmiając, że dostał nową wiadomość. Jakby czytając mu w myślach, sms był od Alexa.
"Cześć. Mam twój numer od Allena. Zapomniałem ci podziękować za dzisiaj.  Było naprawdę fajnie. Alex."
- Jakbyś nie mógł mi podziękować jutro w szkole, głupolu... - pomyślał Emmett - No, przynajmniej teraz mam twój numer.
Ponownie usiadł na kanapie i wystukał w klawiaturę:
"Nie ma za co. Poznam cię jutro z resztą osób z naszej klasy."
Już po chwili otrzymał odpowiedź:
"Ok".
Blondyn nie wiedział, czy Alex cieszył się z tego powodu czy też wolałby nie poznawać innych osób, ale na razie nie miało to dla niego znaczenia. Na ekran telewizora powrócił film. Emmett ziewnął wyraźnie znudzony. Napisał do Alexa: "Idę już spać, do zobaczenia jutro w szkole!". Wyłączył telewizor i poszedł do pokoju. Odłożył komórkę na szafkę przy łóżku, zgasił światło i szybko wślizgnął się pod kołdrę. Ledwo się położył, a telefon znów zabrzęczał.
"Dobranoc" - pokazały się literki na wyświetlaczu. Emmettowi zrobiło się jakoś dziwnie miło. Choć raczej nie powinno tak być... Alex jest po prostu dobrze wychowany i tyle. Owinął się kołdrą, wtulając głowę w poduszkę i odpisał na smsa tym samym.

***

   Reszta tygodnia minęła Alexowi na poznawaniu znajomych z klasy. Z początku był nieśmiały i nie zbyt chętny do rozmów, ale dzięki Emmettowi szybko zakumplował się z kilkoma osobami. Poznał również Lily oraz resztę dziewczyn, które miło go przyjęły (zapewne wkupił się w ich łaski dzięki swojej nienagannej urodzie...). Wciąż jednak trzymał się w pobliżu Emmetta, nie chcąc odstąpić go ani na krok. Może to i słusznie, bo przecież jego tylko znał odrobinę dłużej oraz z tego, co mówił o nim jego brat. Czuł, że jeśli w tej klasie może komuś zaufać, to tym kimś będzie Emmett. Powoli odnajdywał się w nowym otoczeniu, jednakże wolał nikomu się nie narzucać (szczególnie klasowym osiłkom) i pozostawać gdzieś z boku. Rzadko rozmawiał z kimś poza Emmettem, ale wcale mu to nie przeszkadzało. Było dobrze. Niczego więcej nie wymagał, ani tym bardziej się nie spodziewał.
Na piątkowym treningu Allen wyraźnie zadowolony zagadał do Emmetta.
- Hej, podobno zakolegowałeś się z Alexem - uśmiechnął się jak zwykle brązowowłosy.
- Tak, z początku myślałem, że może będzie jakimś kujonem czy coś, ale jest naprawdę spoko. Nie wiem czemu aż tak bardzo się o niego bałeś. Kilka osób z klasy też już go polubiło i wcale nie było tak tragicznie jak mówiłeś - zaśmiał się Emmett, zakładając buty.
- To dobrze. Może rzeczywiście trochę za bardzo dramatyzowałem, ale wiesz... martwię się o niego.
- Tylko pozazdrościć takiego starszego brata - rzucił blondyn i zaczął pakować swoje rzeczy do plecaka.
- Oj tam od razu pozazdrościć... Takie już z reguły jest starsze rodzeństwo - wyszczerzył się ponownie Allen i również zaczął zbierać swoje rzeczy z ławki.
- Też bym chciał mieć rodzeństwo, kurczę - powiedział Emmett z przekąsem.
- Masz mnie - starszy chłopak wstał z ławki i poczochrał blondyna po włosach. Emmett oblał się lekkim rumieńcem.
- No tak - uśmiechnął się promiennie i skończył upychać koszulkę do plecaka.
- Idziemy? - spytał Allen.
- Taa jest! - odrzekł Emmett i popędził za starszym chłopakiem w stronę wyjścia.

***

   Jak w każdą sobotę, Emmett nie mając nic do roboty, wstał z łóżka dopiero w południe. Jego mama krzątała się w kuchni, a tata czytał gazetę przy stole w jadalni. Był to akurat jeden z niewielu weekendów kiedy jego rodzice byli w domu. Zaglądnął niechętnie do kuchni i poszedł do łazienki. Wziął szybki prysznic, ubrał się, a potem doczłapał do lodówki.
- Cześć kochanie - przywitała go pani Collins.
- Cześć - odparł sucho Emmett. Wyjął mleko i swoje ulubione płatki po czym zasiadł z nimi do stołu. Podczas, gdy sypał je do miski, mama wzięła z blatu swoją wcześniej zrobioną kawę i usiadła obok ojca, na przeciwko niego.
- Jak tam w szkole? - spytała pani Collins, pijąc łyk gorącej kawy.
- A od kiedy to interesuje was moja szkoła? - rzucił Emmett zgryźliwie, mieszając łyżką w płatkach. Ojciec łypnął na niego złowrogo zza gazety.
- Oj skarbie... - zaczęła ckliwie mama. Odstawiła kubek z kawą na stół - przecież wiesz, że naprawdę chcielibyśmy spędzać z tobą więcej czasu...
- To rzućcie tę cholerną pracę! - Emmett podniósł głos. Ojciec znowu wychylił nos zza gazety jakby chcąc coś powiedzieć. Powstrzymał się jednak i tylko spojrzał na syna wyraźnie zirytowany. Pani Collins westchnęła.
- Wiesz, że to niemożliwe... - posmutniała. Emmett wlepił wzrok w miskę z płatkami. Chyba trochę przesadził... - Dlatego proszę, nie kłóćmy się o to za każdym razem, gdy tylko mamy okazję porozmawiać... - nastała niezręczna cisza. Blondyn wziął do buzi kilka łyżek płatków dalej gapiąc się w stół. - Zgoda? - spytała w końcu mama głosem bliskim płaczu. Emmett kiwnął głową. - Cieszę się - uśmiechnęła się lekko - to jak ci leci w nowej szkole? Poznałeś jakieś fajne osoby? - pani Collins nieco się rozpromieniła.
- Dobrze. Jestem w klasie z kilkoma osobami z gimnazjum - z Patrickiem, Jasonem, Mikem, Lily... pewnie ich nie pamiętasz...
- Och pamiętam! Nie jestem aż tak roztrzepana. - zaszczebiotała zachęcona do rozmowy. Emmett nabrał kolejną łyżkę płatków. - A co z Lily? Nadal jesteście razem? - Pani Collins popiła kawę.
- Yhm.
- No to cudnie! Lily to taka mądra dziewczyna. Powinieneś ją jeszcze kiedyś zaprosić do nas na obiad. - mama uśmiechnęła się. Cieszyła się, że jej syn nie ma problemów.
- Poznałem też Alexa, młodszego syna Walkerów - kontynuował blondyn.
- Och! Walkerowie! Powinnam ich w końcu zaprosić na kolację! Tak dawno nie rozmawialiśmy... - Emmett skrzywił się na myśl o kolejnej nudnej kolacji... - Ale opowiadaj o tym Alexie, jakoś nigdy nie mieliśmy okazji go poznać. Zresztą to dziwne, że wy dwoje poznaliście się dopiero teraz. Mieszkacie tak blisko i w dodatku jesteście w tym samym wieku... - pani Collins pokręciła głową. - Zdaje się, że chodził do prywatnej szkoły? Może dlatego nigdy się nie spotkaliście.
- Tak. A szkoda, bo Alex jest naprawdę fajny.
- Miło mi to słyszeć. A co u jego brata, Allena? - szczebiotała mama. Emmett skończył już jeść. Jego tata słuchał całej rozmowy, nic jednak nie mówiąc i czytając rubrykę o sporcie w gazecie.
- A dobrze. Cały czas widuję się z nim na treningach.
- Pozdrów go ode mnie koniecznie!
- Yhym. - Emmett wstał od stołu i zaniósł pozostałości ze śniadania do kuchni. Nie chciał już ciągnąć tej rozmowy. Na szczęście teraz tata zajął mamę rozmową, a on mógł się w spokoju oddalić.


   Wieczorem Emmett siedział w swoim pokoju i szukał jakiejś rozrywki w internecie. Nic jednak nie znalazłszy, westchnął z nudów. Nagle do jego pokoju zajrzała mama.
- Emm, wychodzimy z tatą na bankiet. Wrócimy pewnie gdzieś w nocy, więc może zaproś sobie jakiegoś kolegę? Możecie zamówić pizzę czy co tam chcecie. Zostawię ci pieniądze na stole.
- Okeeej - blondyn spojrzał na nią przez chwilę, lecz zaraz potem zniknęła za drzwiami. Zarzuciła na siebie bordowy płaszcz i prędko wyszła. Emmett westchnął i wgapił się w sufit, bujając się na obrotowym krześle przy biurku. Do kogo by tu zadzwonić? Sięgnął po komórkę i wybrał numer. Usłyszał sygnał.
- Halo? - odezwał się głos w słuchawce.
- Hej Alex, masz jakieś plany na dzisiaj? - spytał Emmett bawiąc się długopisem.
- N-nie, a co? - odpowiedział.
- Może wpadniesz do mnie? Pogramy w coś na playstation albo pooglądamy mecz czy film.
- J-jasne - słychać było zdziwiony głos Alexa. Napewno nie spodziewał się tego telefonu - tylko... nie wiem gdzie tak dokładnie mieszkasz.
- Spoko, wyjdę po ciebie. Umówmy się przy sklepiku za 10 minut.
- Ok.
Emmett przebrał się z dresów w normalne ciuchy. Założył luźniejsze, jeansowe spodnie, jasno-niebieski t-shirt z napisem: "I don't care" i granatową bluzę z kapturem. Przeczesał jeszcze ręką włosy, schował do kieszeni pieniądze leżące na stole i wyszedł zamykając za sobą drzwi na klucz. Na dworze robiło się szarawo. Słońce chowało się za drzewami i tylko pojedyncze promyki oświetlały ponure ulice. Emmett doszedł do sklepiku i oparł się o murek obok, wypatrując Alexa. Nie czekał długo, bo już po chwili zza zakrętu wyszedł niski, chudy chłopaczek z ciemnymi włosami. Miał na sobie czarne rurki i szarą bluzę, które wisiały na nim, jak gdyby były o rozmiar za duże.
- Hej! - przywitał się Emmett z uśmiechem na ustach.
- Cześć! - Alex odwzajemnił uśmiech.
- Musimy jeszcze wstąpić do sklepu po coś do żarcia. Jesteś głodny? - spytał blondyn.
- Nie, nie. Jadłem w domu - uśmiechnął się brunet ciepło.
- Okej, to weźmiemy tylko jakieś słodycze - powiedział Emmett, wchodząc do sklepu. Alex podążył za nim.
Po zrobieniu zakupów wrócili do domu Emmetta. Blondyn wszedł pierwszy i zapalił światło w przedpokoju. Rzucił klucze na stolik stojący pod ścianą. Rozpiął swoją granatową bluzę, a buty rzucił gdzieś w kąt.
- Rozgość się - uśmiechnął się do zielonookiego. Alex grzecznie ściągnął trampki i postawił je po boku. Weszli do salonu. Brązowowłosy rozglądał się uważnie po pomieszczeniu.
- Nie ma twoich rodziców? - spytał chudzielec.
- Nie, wyszli gdzieś. Poczekaj tylko odłożę rzeczy do kuchni. Możesz iść do mojego pokoju, to ten pierwszy po prawej.
Alex skinął głową i poszedł. Pokój Emmetta był całkiem duży, ale przytulny. Na jasnych ścianach wisiały plakaty różnych zespołów, a na drewnianej podłodze był położony dywan. Po lewej stronie pokoju stało duże łóżko, a obok szafa, zaś po prawej stronie było biurko. W pokoju znajdowało się też wyjście na taras oraz komoda, na której stał średniej wielkości telewizor z podłączonym playstation. Jego pokój był ciut większy niż pokój Alexa. Brązowowłosy usiadł na podłodze przed telewizorem i zaczął przeglądać wzrokiem pokaźną kolekcję gier i płyt CD. Do pokoju wszedł Emmett z butelką pepsi, dwoma szklankami i chrupkami. Położył wszystko na stoliku obok łóżka i podał Alexowi szklankę.
- Masz niezłą kolekcję gier i płyt. Dwa razy większą niż moja - uśmiechnął się brunet, podpierając się z tyłu rękoma. Widać było, że czuł się już nieco pewniej w towarzystwie nowego kumpla niż kilka dni temu.
- No trochę się tego nazbierało - przyznał Emmett i usiadł koło niego.
- A nie spotykasz się dziś z Lily? - spytał Alex.
- Nie, ona w soboty zawsze ma jakieś zajęcia, więc widujemy się w niedziele. - odpowiedział drugi chłopak krążąc myślami zupełnie gdzie indziej.
- Aha...
- Ty też powinieneś znaleźć sobie jakąś dziewczynę - puścił mu oko.
- A no tak... powinienem... Możemy pograć w Borderlands na dwa pady?
- Jasne - uśmiechnął się blondyn sięgając po płytę.
Już po chwili na ekranie telewizora pokazał się napis "loading..." a z głośników rozległy się odgłosy z gry. Podczas grania wspólnie zajadali chrupki i dobrze się przy tym bawili. To było tak jakby znali się od dawna. Lubili te same gry, muzykę... Obaj szybko odnaleźli się w swoim towarzystwie już pierwszego dnia znajomości. Mijały minuty, gra posuwała się coraz dalej, a w misce... został ostatni chrupek! Widząc to obaj rzucili się do ataku by go zdobyć. Alex miał przewagę będąc bliżej miski, ale podpierał się tylko na jednej nodze przez co na chwilę stracił równowagę i... łupnął na ziemię, omal nie przewracając stojących niedaleko szklanek. Emmett wywalił się wprost na niego. Alex czuł na policzku delikatny oddech chłopaka. Nie poruszył się ani o milimetr. Przez chwilę ich twarze znalazły się tak blisko... Zbyt blisko. Blondyn zerwał się natychmiast i usiadł obok, odwracając głowę tak, by Alex nie widział jego zarumienionej twarzy. Następne kilka minut nic nie mówili, aż w końcu odezwał się Emmett.
- Eee... przepraszam. Mam jeszcze jakieś chipsy w szafce, zaraz przyniosę. - wstał i chwiejnym krokiem poszedł do kuchni. Alex z głową spuszczoną ku podłodze podążył za nim wzrokiem. Emmett wyjął z szafki kolejną paczkę i przetarł sobie twarz ręką. Co on do cholery wyprawia?... Jeszcze chwila i by nie wytrzymał! Wziął głęboki oddech i wrócił do pokoju jak gdyby nigdy nic. Brązowowłosy siedział już normalnie, patrząc w stronę ekranu. Obrócił głowę w kierunku blondyna.
- Wracamy do gry? - spytał, lekko się uśmiechając jakby między nimi nic nie zaszło. W sumie dla Emmetta to nawet lepiej.
- Okej - wysypał chipsy do miski i wznowił grę.
Grali do późnego wieczora, a w sumie dopóki nie zadzwoniła mama Alexa, prosząc, by wrócił już do domu. Rozstali się przy sklepiku, skąd brązowowłosy sam poczłapał do siebie. Oboje postanowili po prostu zachowywać się normalnie, w końcu nic się nie stało. Tym sposobem miło spędzili razem sobotni wieczór.

***

   Przez kolejne tygodnie szkoły często spotykali się razem po lekcjach, gdy tylko Emmett nie musiał widywać się z Lily, a Alex pomagać w domu. Blondyn pokazał chłopakowi wejście na dach szkoły, gdzie zawsze łazili na dłuższych przerwach, a czasami spotykali się też po zajęciach. To miejsce stało się jakby ich kryjówką przed resztą świata, bo tylko oni je znali. Stali się sobie bliscy jak przyjaciele. Alex bliżej poznał też inne osoby z klasy i prawdopodobnie spodobał się Isabell, która często z nim rozmawiała. Nawet ją polubił. Miała rude włosy i była naprawdę zabawną i miłą dziewczyną. Wszystko układało się tak jak powinno. Przynajmniej do czasu.
Któregoś dnia na w-f Emmett spojrzał ukradkiem w stronę przebierającego się Alexa. Podziwiał jego boskie, chude ramiona i klatkę piersiową i zauważył coś dziwnego. Na jego brzuchu widniały jakieś blizny. Czyżby wcześniej ich nie zauważył? Może jak był mały miał jakąś operację i po tym te dziary? Ale że wcześniej tego nie spostrzegł? Dziwne. W tej chwili Alex również obrócił głowę w jego stronę czując jakby blondyn się na niego gapił. Emmett momentalnie się odwrócił i wsadził łeb do szafki udając, że czegoś w niej szuka. Chudzielec założył koszulkę. Pewnie mu się zdawało.
   To nie był jednak koniec niespodzianek dla Emmetta. Pewnej środy Alex przyszedł do szkoły wyraźnie przybity. Gdy przypadkiem podwinął rękaw bluzy na ręce widać było bandaż. Spytany co mu się stało odpowiedział, że zwyczajnie obtarł się przy przechodzeniu przez płot. Ale chwila chwila... Gdzie i w jakim celu on mógł przechodzić przez płot? Coś mu tu nie grało... Na długiej przerwie Emmett zaciągnął Alexa do toalety. Upewnił się, że są sami i jak gdyby nigdy nic podwinął jego rękaw. Alex od razu zabrał rękę.
- Co ty wyprawiasz?! - krzyknął spanikowany.
- Co tak naprawdę stało ci się w rękę?! - spytał blondyn zdenerwowany.
- Mówiłem, że się obtarłem jak przechodziłem przez płot! - Alexowi szkliły się oczy.
- Nie wierzę! Pokaż! - Emmett znów złapał go za rękę. Chudzielec syknął lekko z bólu.
- Nie! - próbował się wyrwać, jednak blondyn okazał się silniejszy. Zdjął bandaż i ujrzał kilka ran ciętych na przedramieniu i nadgarstkach. Coś go ukuło w środku. Nie chciał wierzyć własnym oczom, ale niestety to była prawda...
- Dlaczego... dlaczego to zrobiłeś? - Emmett puścił jego rękę i spytał spokojnie patrząc błagalnym wzrokiem.
- Bo tak! - Alex się rozpłakał. Blondyn chciał do niego podejść, ale ten wybiegł z toalety i popędził korytarzem Bóg wie gdzie. Nie miał siły już za nim biec.
   Tak jak Emmett się spodziewał, Alex nie pojawił się na reszcie lekcji. Nie pojawił się również następnego dnia i następnego... Blondyn wydzwaniał do niego cały czas, jednak ten nie odbierał telefonu ani nie odpisywał na smsy. W końcu zaczął się trochę o niego martwić... Cały czas miał poczucie winy, to przez niego Alex wybiegł z płaczem... Nie wiadomo co się z nim teraz działo. W sobotę Emmett chciał się przejść do jego domu i zobaczyć czy tam jest. Robiło się już szarawo, gdy chciał wychodzić, ale nagle zadzwonił jego telefon. Spojrzał na ekran. Sms. Od Alexa.
- Nie dałem rady... Przepraszam, to koniec. Dziękuję ci za wszystko co dla mnie zrobiłeś. - głosiła treść smsa. Co do cholery?! Czy on chce... Nie! Czym prędzej wybrał jego numer. Nie odbierał. Zadzwonił, więc do Allena.
- Emmett? - odezwał się głos w słuchawce.
- Czy Alex jest w domu?! - spytał szybko Emmett podenerwowany.
- Nie, niedawno wyszedł.
- A mówił gdzie?!
- Powiedział, że idzie do szkoły spotkać się z tobą, bo robicie jakiś projekt. Coś się stało? - No tak, szkoła jest otwarta w weekendy. Czyżby był tam?
- Niee, nieważne po prostu muszę go znaleźć. Dzięki! - Emmett rozłączył się zanim Allen zdążył cokolwiek powiedzieć.
Wybiegł z domu jak oparzony i biegiem ruszył w kierunku szkoły. Mijał ulice najszybciej jak potrafił, nie oglądając się za siebie, aż w końcu trafił pod drzwi wejściowe liceum. Wpadł do środka z impetem i popędził po schodach na górę. Dobiegł na ostatnie piętro, do końca korytarza i zobaczył otwarte drzwi na dach. Ruszył w ich kierunku. Ujrzał Alexa stojącego za barierką, który patrzył się w dół, jakby miał za chwilę skoczyć i raz na zawsze zakończyć swój żywot. Emmett podbiegł w jego kierunku, jednak zatrzymał się kilka kroków przed nim, nie chcąc go prowokować.
- Alex co ty wyprawiasz?! Oszalałeś?! Złaź stamtąd natychmiast! - Blondyn zaczął się na niego wydzierać bliski płaczu. To jego wina. Nie powinien był wtedy siłą zdejmować mu ten pieprzony bandaż! Alex odwrócił do niego głowę, chyba dopiero teraz go zauważając. Wiatr rozwiewał jego ciemne włosy, odkrywając wystraszoną, zrozpaczoną twarz chłopaka. - Dlaczego chcesz to zrobić?!
Brązowowłosy spuścił głowę. Przez chwilę stał cicho, po czym rozbeczał się jak dziecko.
- Alex!
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Taa... i to by było na tyle w tym rozdziale xD No i jak pewnie już zauważyliście komentarze od autorów na początku i końcu opowiadań będą innym kolorami (moje jasno czerwonym, a Karolajn jasno fioletowym) 
Wogóle co tu się dzieje?... Ja piszę o samobójstwie, Karolajn o anoreksji... Może powinnyśmy się wybrać do psychologa? ;_;

środa, 16 października 2013

"Let the pain go away" - rozdział 1

 Hej, dawno mnie tu nie było. Dziś ode mnie znowu opowiadanie własne, ale tym razem będzie dłuższe. Teraz wrzucam tylko pierwszy rozdział :3 Myślę, że jak na razie jest bardzo zwyczajne i nie należy się po nim spodziewać żadnych rewelacji, a później zobaczymy jak to będzie...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

   Po treningu jak zawsze wszyscy zawodnicy poszli do szatni. Emmett ściągnął swoją przepoconą koszulkę i wrzucił ją do szafki. Przegrzebał resztę rzeczy, wyciągnął biały, duży ręcznik i zarzucił go sobie na szyję. Trzasnął drzwiczkami blado-niebieskiej szafki chcąc ruszyć w kierunku pryszniców, jednak zza drzwiczek wyłonił się znajomy mu chłopak. Miał brązowe włosy opadające swobodnie na  oczy tego samego koloru. Stał bokiem do niego, obrócony w kierunku swojej szafki czegoś w niej szukając. Miał na sobie jedynie ręcznik zawiązany wokół pasa. Emmett przystanął na chwilę przyglądając się jego pięknie wyrzeźbionym mięśniom brzucha i ramion. Figurę tę chłopak zawdzięczał codziennym ostrym treningom i diecie. Emmett zawsze podziwiał go za jego wytrwałość. On sam niestety nie mógł pochwalić się takimi mięśniami. Był wysoki i wysportowany, ale nie dorównywał starszemu koledze i wciąż był niższy o pół głowy. Niebieskie oczy Emmetta momentalnie zabłysły, gdy obiekt jego obserwacji obrócił głowę w jego stronę.
- O, cześć Emmett - odezwał się brązowowłosy.
- Hej Allen - odpowiedział blondyn.
- Odwaliłeś kawał dobrej roboty na dzisiejszym treningu. Widzę, że w wakacje się nie obijałeś i wciąż trzymasz formę - starszy o 2 lata chłopak uśmiechnął się z uznaniem i poczochrał młodszego po jego blond włosach.
- Dzięki, ty też - Emmett odwzajemnił uśmiech. Poczuł się dumny z siebie, jak zawsze zresztą, gdy chwalił go Allen. W końcu był kapitanem drużyny. Obydwaj byli ze sobą w dobrych stosunkach, prawie jak bracia, mimo, że znali się tylko z co tygodniowych treningów.
- To co? Idziesz pod prysznic? - spytał Allen. Emmett kiwnął głową.
   Obaj chłopcy weszli do osobnych kabin obok siebie. Emmett odkręcił wodę i przymknął oczy, gdy ta leciała mu na głowę mocząc posklejane potem kosmyki jasnych włosów. Zimny prysznic to dokładnie to, czego potrzebował po treningu. Szum wody sączącej się z prysznica zawsze go uspokajał i odprężał. Relaksacyjną ciszę przerwał jednak głos z kabiny obok.
- I jak tam w nowej szkole? Liceum to już nie przelewki - zaśmiał się Allen i nie czekając na odpowiedź kontynuował - Pamiętasz jak przed wakacjami wspominałem ci o moim młodszym bracie? No więc dostał się do tej samej szkoły co ty, a możliwe, że nawet będziesz z nim w klasie. Dlatego mam do ciebie prośbę...
   Emmett stał i słuchał uważnie co mówił Allen zza ściany obok.
- Pewnie wiesz już, że niestety nie jest on zbytnio towarzyski, mówiłem ci. Myślę, że może mieć problem, żeby się odnaleźć w nowym miejscu, w końcu wcześniej chodził do prywatnej szkoły... Tym bardziej, że ominął go już pierwszy tydzień lekcji... - ton jego głosu posmutniał - Mógłbyś mieć na niego oko? I może pomógłbyś mu się zaaklimatyzować? Byłbym ci naprawdę wdzięczny. Alex to kochany chłopak, powinieneś go polubić.
- Jasne, nie ma problemu - Emmett uśmiechnął się pod nosem i zakręcił wodę. Allen wkrótce zrobił to samo.
- Dziękuję! Mój brat napewno to doceni. Cieszę się, że będzie miał kogoś znajomego w nowej szkole.

***

   W drodze do domu Emmett i Allen rozmawiali na temat wczorajszego meczu w tv, nowego roku szkolnego, a także o wakacyjnych przygodach. Mieszkali niedaleko siebie, dlatego zawsze po piątkowym treningu wracali razem.
- Jakie plany na weekend kapitanie? - spytał Emmett drwiąco. Nazywał go tak odkąd tylko trener mianował Allena na to stanowisko.
- Mówiłem ci, żebyś tak do mnie nie mówił! - zaśmiał się starszy chłopak - Pewnie wyjdę gdzieś ze znajomymi, spotkam się z dziewczyną czy coś, a ty?
- Ja w ten weekend chyba ponudzę się w domu. Już mi brakuje wakacji...
- Haha! Nie ma tak dobrze młody.
Dochodzili już do małego sklepiku, przy którym zazwyczaj się rozchodzili. Była dopiero godzina 18, ale jak to we wrześniu na dworze było ciemno prawie jak w środku nocy. Pogoda była znośna, wiał lekki wiatr, który kołysał drzewami w pobliskim parku. Mimo, że okolica była spokojna, raczej nikt nie chodził po ulicach sam wieczorami.
- Odprowadzić cię? - spytał starszy chłopak z troską w głosie. Był bardzo opiekuńczy jak na 18-latka, zarówno dla przyjaciół jak i dla swojego brata Alexa, o którego zawsze martwił się najbardziej. Ich rodzice dobrze ich wychowywali, jednak ostatnio nie mogli poświęcać im tak samo dużo czasu jak kiedyś, gdyż byli pochłonięci pracą. Dlatego też to Allen troszczył się teraz o Alexa. Może Emmett też budził w nim braterskie instynkty?
- Allen... Jestem dużym chłopcem, mam 16 lat, więc dam sobie radę - prychnął Emmett, ale już po chwili łagodny uśmiech wrócił na jego twarz. To miłe, że ktoś się o niego troszczy.
- Okej, tak tylko pytam. To do przyszłego tygodnia! - Allen machnął mu ręką na pożegnanie i powoli ruszył w kierunku swojego domu.
- Tak, do przyszłego! - odpowiedział blondyn.
- Aha, i dzięki jeszcze raz za mojego brata!
- Nie ma sprawy, chętnie go poznam.
- To dobrze. Trzymaj się!
- Ty też! - Emmett skinął brązowowłosemu na pożegnanie i również ruszył przed siebie.

   ***

   Tak jak mówił Allen, w poniedziałek w klasie 1B pojawił się nowy uczeń. Nie był zbyt wysoki, ale za to bardzo chudy. Miał ciemno brązowe włosy nieco zakrywające intensywnie zielone oczy. Wszedł cicho do klasy i usiadł w ostatniej ławce pod ścianą. Mało kto zwrócił na niego uwagę. Emmett chciał podejść i się przywitać, ale przeszkodziła mu w tym Lily - jego dziewczyna. Zatrzepotała czarnymi rzęsami i ucałowała swojego chłopaka na powitanie. Była naprawdę śliczna. Miała złote loki i brązowe oczy. Na policzkach widniały piegi i różowe rumieńce. Miała na sobie kwiecistą sukienkę (która swoją drogą idealnie podkreślała jej wąską talię) i biały sweterek.
- Ładna sukienka, ślicznie w niej wyglądasz Lily - Emmett uśmiechnął się promiennie i pocałował blondynkę w policzek.
- Prawda? - wyszczerzyła się Lily dumna z siebie, że jej nowa kreacja podoba się jej chłopakowi. Rozmawiali ze sobą jeszcze przez chwilę i zadzwonił dzwonek na lekcje, a do klasy wszedł nauczyciel od fizyki. Wszyscy grzecznie wrócili na swoje miejsca i wyjęli zeszyty.

***

   Podczas przerwy na lunch Emmett poszedł na stołówkę razem z Lily i stanął w kolejce po frytki.
- Chcesz coś? - spytał dziewczynę.
- Nie, ja mam dzisiaj sałatkę - uśmiechnęła się. Blondyn nic więcej nie mówiąc, wzruszył ramionami, wziął tackę z talerzem pełnym frytek i podszedł do kasy. Kiedy już zapłacił i kierował się do stolika znajomych, zauważył Alexa ze spuszczoną głową, siedzącego samemu przy stoliku pod oknem. Jadł jakąś kanapkę i zdawał się być nieobecny.
- Lily, idź beze mnie. Zaraz do was dołącze tylko muszę coś załatwić.
- Oki! - blondynka uśmiechnęła się słodko i pobiegła do przyjaciółek.
Emmett ruszył przed siebie w kierunku chłopaka. Podszedł do jego stolika i spytał:
- Hej, ty jesteś Alex, tak? - wyszczerzył się najmilej jak potrafił, jak gdyby podchodził do dziecka.
- Cześć - twarz chłopaka pozostawała spuszczona w kierunku blatu.
- Jestem Emmett - blondyn wyciągnął do niego rękę. Brązowowłosy obrócił głowę, a jego zielone oczy zabłysły jakby z podniecenia. Wciąż jednak wyglądał nieśmiało, a z jego twarzy nie można było nic więcej wyczytać. Powoli podał mu rękę.
- Ach! Mój brat sporo mi o tobie mówił - powiedział Alex cicho i bez pewności. Emmett zaniemówił na chwilę.
Widział go już kiedyś, gdy ten szedł z Allenem do sklepu. Dyskutowali o czymś, Allen był wyraźnie podenerwowany, więc nie chciał im przerywać i poszedł dalej. Z daleka jednak nie mógł uważnie mu się przyjrzeć. Teraz widział, że chłopak jest naprawdę... ładny. Po prostu. Nie był podobny do swojego brata, stanowił wręcz jego przeciwieństwo - był drobny i sprawiał wrażenie delikatnego. Miał nieco łagodniejsze rysy twarzy, ale dzięki temu był jeszcze bardziej przystojny.  Aż zdziwił się, że zielonooki nie był rozchwytywany wśród dziewczyn.
- Aaa, tak - blondyn wyrwał się z zamyślenia - Mogę się przysiąść?
- Pewnie - odpowiedział Alex znów spuszczając głowę.
- Podobno wcześniej chodziłeś do szkoły prywatnej? - spytał Emmett wkładając sobie frytkę do ust.
- Tak... - mruknął brązowowłosy pod nosem.
- A czemu tak nagle się przeniosłeś?
- Cóż... - Alex spojrzał na Emmetta spode łba - Mama mnie tam zapisała, bo twierdziła, że tak będzie dla mnie lepiej... Ale nie było. Miałem... różne problemy- zielonooki urwał chyba nie chcąc już nic więcej o tym mówić.
- Aha... - powiedział Emmett ciekawy jakie problemy miał Alex. Nie wypytywał go jednak, bo widział, że ten nie ma ochoty odpowiadać.
- Ale proszę nie mówmy już o tym. - dodał Alex szybko - Mógłbyś po lekcjach oprowadzić mnie trochę po szkole? Pewnie wiesz już mniej więcej gdzie co się znajduje.
- Okej, da się zrobić - uśmiechnął się blondyn.
   Po chwili zadzwonił dzwonek oznajmujący koniec długiej przerwy. Wszyscy zaczęli się zbierać. Emmett zobaczył wychodzących ze stołówki Jasona, Mike'a i Lily w towarzystwie jeszcze kilku osób z ich klasy. No tak, miał do nich dołączyć... Szybko dokończył jedzenie swoich frytek i oświadczył, że teraz mają lekcje matematyki. Wstał od stołu, a Alex ruszył za nim.
Wpadli do klasy w ostatniej chwili. Emmett zajął swoje miejsce obok Mike'a. Zignorował jego ciekawskie i nieco wrogie spojrzenie i wypakował swoje rzeczy. Alex powlókł się na koniec sali, by usiąść gdzieś w tylnych ławkach. Blondyn spojrzał na niego. Zaraz jednak odwrócił wzrok, bo na ławce leżał liścik.
- Gdzieś ty był? Miałeś z nami usiąść. - głosił papierek napisany przez Lily okrągłym, zgrabnym pismem. Emmett popatrzył w kierunku złotowłosej i posłał jej przepraszające spojrzenie. Ta pokręciła głową z politowaniem. Po chwili jednak uśmiechnęła się do niego i zajęła swoje miejsce.

***

   Po lekcjach Emmett zebrał swoje rzeczy i wyszedł z klasy. Zobaczył, że Alex już na niego czeka. Pożegnał się szybko z Lily pędzącą na swoje lekcje z tańca i pomachał jej, gdy szybkim krokiem zaczęła się oddalać. Zatrzymali go jeszcze Mike i Jason.
- Heee idziesz z nami do Stevena? Podobno ma już to nowe rpg, które tak zapowiadali! - ekscytował się Jason.
- Sorry chłopaki mam dziś inne plany... Następnym razem. - odpowiedział Emmett. Mimo, że ton jego głosu na to wyglądał to jednak Emmettowi wcale nie było szkoda, że z nimi nie idzie. Nie miał dziś ochoty na granie i przekrzykiwanie się z kolegami.
- Okej, jak chcesz. - rzucił Mike i razem z Jasonem ruszyli korytarzem.
Alex stał z boku niczym widmo i przyglądał się całemu zajściu. Gdy już znajomi Emmetta odeszli podszedł do niego.
- Jeśli chcesz możesz z nimi iść. Nie musisz przecież ze mną zostawać, sam mogę się rozejrzeć po szkole - powiedział brązowowłosy spodziewając się, że Emmett zaraz pobiegnie za znajomymi. Tak się jednak nie stało.
- No co ty. Przecież ci obiecałem co nie? - blondyn uśmiechnął się w taki sposób, że Alex poczuł się nieswojo - Po za tym nie chce mi się dzisiaj z nimi grać. Znasz wogóle kogoś z klasy oprócz mnie?
- Nie... - odpowiedział Alex smutno, wciąż zdziwiony zachowaniem nowego kolegi.
- Tak myślałem - zaśmiał się blondyn - no to ci goście, z którymi gadałem to Mike i Jason.
- Aha. A ta blondynka w sukience w kwiatki? - spytał Alex wyraźnie zaciekawiony.
- To Lily, moja dziewczyna.
- No tak. Mogłem się domyśleć - na jego twarzy pojawiło się coś pomiędzy uśmiechem a rozczarowaniem.
- Ale nie martw się, w naszej klasie jest też dużo innych fajnych dziewczyn - Emmett puścił mu oko.
- Nie wątpię - Alex uśmiechnął się, zaraz jednak jego twarz przybrała nieco smutniejszy wyraz.
- To co? Idziemy?
- Okej.

sobota, 5 października 2013

Tytuł...

A więc w końcu się zmobilizowałam żeby coś napisać, niestety na anorexię nie mam na razie weny, ale mam juz 3 gotowe sceny do których trzeba jeszcze coś napisać. Postaram się dodać 2 część anorexi 19 października ;D a na razie macie mega króciutką historyjkę, która jest serio dziwna, no ale trzeba tu coś w końcu wstawić ;>
Enjoy ^^ 

HARRY

~/Słyszę że ktoś chodzi po pokoju. To pewnie Ginny-myślę..
-Chodź kochanie-mówię, a ona kładzie się przy mnie. Przyciągam ją do siebie. Ręką głaskam jej miękkie włosy, które pchną inaczej niż zwykle, ale czy to ważne? Ważna jest teraz Ginny, jej oddech na moin policzku i jej ręce błądzące po moim ciele.
-Pansy...-słyszysz wypowiedziane cicho słowa, ale nie zwracasz na to uwagi bo po co Gin miała by wymawiać imię tej mopsiastej ślizgonki. Chwytam jej twarz w dłonie i całuję ją delikatnie w usta, które nie smakują jak JEJ usta, ale czy to ważne? Przyciągam ją do ciebie i łączę nasze ciała całą długością. Czy Ginny była aż taka długa? - zastanawiam się, ale po chwili stwierdzasz że to co zaczyna robić z twoją dolną wargą jest bardziej interesujące niż rozmyślanie. Ciekawe kiedy nauczyła się TAK całować? Jak jeszcze przed pójściem na imprezę całowałeś ją i jej usta były mniejsze i odrobinę bardziej miękkie, ale teraz to nie jest ważne. Gładzę ją ręką po plecach, które nie mają kształtu jej pleców, ale kogo to obchodzi? Alkohol i zmęczenie przeszkadza mi racjonalnie myśleć, ale przecież to Ginny więc nie ma się o co martwić. Jeszcze raz przesuwam ręką po jej włosach i całuję ją po czym zasypiam./~

 DRACO

~/Salazarze, nigdy więcej nie pije! - wymruczałem pod nosem wchodząc do dormitorium. Ściągam czarne spodnie i koszule po czy spoglądam na łóżko, na którym leżały już jakąś osoba.
-Chodź kochanie-usłyszę nagle. Ale ona na chrypkę-przemyka mi przez myśl.- Pewnie na imprezie śpiewała razem z Milincentą piosenki Fatalnych Jędz i zdarła sobie gardło.
-Pansy...-mruczę w odpowiedzi i kładę się obok niej, ostatnio nie układało się mam najlepiej, ale ona i tak często przychodzi spać do mojego łóżka, a ja nie mam nic przeciwko. Pansy nagle chwyta moją twarz w swoje dłonie i już po chwili delikatnie mnie całuje. To dziwne – myślę - to mnie zawsze oddawała kontrolę, ale skoro dzisiaj chce być na górze to dlaczego nie? Uśmiecham się pod nosem, ale ona nie może tego zobaczyć w tych ciemnościach. Przyciąga mnie do siebie i dotyka całym ciałem. Ma trochę inny kształt niż zwykle, ba! Nie ma nawet piesi, ale nie zastanawiam się nad tym, bo jestem zbyt zajęty ssaniem jej dolnej wargi. Pansy jęczy i gładzi mnie po włosach, a kiedy kończę ona wtula się we mnie i zasypiacie od nadmiaru Ognistej./~

      ~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

Światło poranka powoli wpada przez okno do dormitorium. Na łóżku leżą dwie osoby przytulające się tak jakby świat miałby się zaraz skończyć. Czarnowłosy chłopak przeciąga się i powoli otwiera oczy. Sunie ręką po kołdrze i stoliku nocnym w poszukiwaniu okularów, a kiedy już je znajduje zakłada na nos. Jego nieprzytomny wzrok błądzi po pomieszczeniu.
-Co ja tu robie? - pyta sam siebie. Nagle jego oczy przykuwa osoba leżąca obok, która zdaje się że właśnie się obudziła, bo wierci się i wydaje dziwne, niezidentyfikowane dźwięki.
Harry powoli podnosi koc do góry i ze zdziwieniem natrafia wzrokiem na blond czuprynę.
Po chwili głowa drugiej osoby podnosi się i Harry zamiera ze zdziwienia patrząc w stalowo-szare oczy Malfoya. Źrenice blondyna rozszerzają, a twarz przybiera zdezorientyzowany wyraz, jednak już po chwili Malfoy przywołuje opanowaną maskę i lekko szyderczy uśmiech.
-No no Potter, nie sądziłem że aż tak bardzo chcesz przelecieć, że podstępnie zwabisz mnie tutaj kiedy będę pijany i siłą wykorzystasz.
-Wcale cię tu nie zwabiałem, a już tym bardziej nie wykorzystałem! -oburzył się Harry. - To ty mi się władowałeś do łóżka.
-Ale to ty mnie całowałeś i obmacywałeś -Harry zarumienił się i spuścił wzrok.
-Nie tylko ja to robiłem-zaperzył się Czarnowłosy. Teraz również policzki Dracona były czerwone niczym herb Gryffindoru.
Przez chwilę między chłopakami zaległa cisza, którą nagle przerwał Malfoy.
-W sumie to nie było tak źle... Na pewno lepiej niż z Pansy - stwierdził.
-Ekhmm... Faktycznie było lepiej niż  z Gin, nie masz piersi, a to plus, bo według mnie one przeszkadzają...-skwitował Harry.
-A więc może... kiedyś to powtórzymy? - zapytał Draco niepewnie.-Na przykład w sobotę? O 18 tu w Pokoju Życzeń?
-Będę zaszczycony mogąc znów się z tobą spotkać w takich okolicznościach - uśmiechnął się Potter. - To co wyczyniałeś wczoraj z moją wargą... Liczę na więcej.
-"Proście, a będzie wam dane" - zacytował Blondyn, po czym pochylił się nad Harrym i pocałował go lekko przygryzając jego wargę, Harry jęknął. Malfoy oderwał się od jego ust i wyciągnął do niego rękę.
-Jestem Draco. Mam nadzieję że nie odtracisz mnie i tym razem-powiedział z nadzieją.
-Jestem Harry, bardzo miło mi cię poznać-odpowiedział Harry z uśmiechem.


tak wiem że to jest poryte, no ale co mi tam ;P  komentujcie, bo to na prawdę bardzo mobilizuje do pisania ;>

poniedziałek, 2 września 2013

"Anorexia nervosa" - rozdział 1

Tak więc wrzucam pierwszy rozdział mojego drugiego opowiadania Drarry ;)  niedługo(nie wiem kiedy xD ) napiszę dalsze rozdziały. Mam nadzieje że się spodoba ;>  
Enjoy !


Rozdział 1

-Harry, zauważyłeś że Malfoya nie ma już od dłuższego czasu na lekcjach?
-Naprawdę? Jakoś nie zwróciłem na to uwagi, chociaż faktycznie, od dawna się z nim nie kłóciliśmy. Myślałem że to dlatego że nie ma Rona to zazwyczaj on zaczynał. Od kiedy wyjechał na wymianę czarodziejów, w szkole jest spokojniej.
-Masz rację Harry. A co do Malfoya to może pojechał do domu? Ostatnio marnie wyglądał... Teraz pewnie leży na kanapie i żąda dziwnych rzeczy od skrzatów. „Daglasie, przynieś mi krem na zmarszczki, muszę dbać o moją skórę” -powiedziała Hermiona doskonale udając arystokratyczny ton Ślizgona.
-Pewnie tak - po chwili Harry i Hermiona leżeli przed kominkiem na podłodze i śmiali się do rozpuku.
-Dobra koniec tych śmiechów-usłyszeli nagle głos Ginny- chodźmy na kolację.
-Ja nie jestem głodny, zjadłem dużo na obiad, idźcie same -powiedział Harry - pozatym muszę jeszcze napisać wypracowanie na transmutacje.
-Harry, przecież ty prawie nic nie zjadłeś na obiad - powiedziała Hermiona patrząc na niego uważnie.
-Jadłem, po prostu nie patrzyłaś na mnie - próbował tłumaczyć się chłopak - lećcie, bo za pół godziny kończy się kolacja.

***

-Harry! Jak możesz być tak głupi! Wcale nie jesteś gruby! Zacznij normalnie jeść, ROZUMIESZ?! Neville, powiedz temu idiocie, że nie jest gruby! I że powinien zacząć więcej jeść!
Neville przystanął na środku pokoju wspólnego i widząc pierwszorocznych wciskających się za kanapę i fotele, próbujących schować się przed gniewem Hermiony, zapragnął zniknąć.
-Neville? Neville! Halo?! Powiedz to mu!!!
-Dobrze już mówię, spokojnie Hermiono, straszysz dzieci.- Gryfon zachował spokojny głos mimo ze zdenerwowana Gryfonka definitywnie go przerażała, potem spojrzał na Harrego i powiedział: Harry, nie jesteś gruby, powiem więcej, jesteś bardzo chudy! Jeszcze trochę i wpadniesz w anoreksję - po czym oddalił się.
-Mówiłam? Mówiłam!? Nie tylko ja zauważam że jesteś chudy. Opanuj się! Dzisiaj zemdlałeś! DWA RAZY! Harry dwa razy, to nie są przelewki, twój organizm potrzebuje pożywienia!
-Dobrze to ujęłaś, MÓJ organizm. Więc chyba to JA wiem lepiej czego potrzebuje MOJE ciało, a na pewno nie potrzebuje twoich kazań! - Harry wściekły wybiegł z PW i poszedł do swojego dormitorium gdzie mocno trzasnął drzwiami. Zaryglował je zaklęciem i poszedł do łazienki przed lustro.
- Przecież ja jestem strasznie gruby! -powiedział do swojego odbicia - Hermiona tylko tak mówi, bo ona jest chuda! Nie mogę tyle jeść, muszę poćwiczyć! Mam już przecież 16 lat więc sam mogę decydować o tym ile i czy w ogóle jem. - podszedł do wagi i stanął na niej, 52.26kg. Nie jest źle tak jak kiedyś, ale nie jest też dobrze-powiedział sam sobie. Wyszedł z łazienki i w sypialni zaczął robić wszystkie znane sobie ćwiczenia. Od przysiadów i brzuszków do pompek i biegania w kółko.
Po ćwiczeniach wyszedł z pokoju i schodząc ze schodów zemdlał i spadł po stopniach. Zauważyła go jakaś mała dziewczynka i od razu pobiegła po Hermionę.

***

-Ty jesteś Hermiona, prawda? – zapytała Brązowowłosą.
-Tak Sharon- starsza dziewczyna uśmiechnęła się do małej. - Coś się stało?
-Harry, twój przyjaciel, przed chwilka widziałam jak on spadł ze schodów, wiec szybko po ciebie przybiegłam-powiedziała dziewczynka.
-Gdzie? – zapytała tylko Hermiona ze strachem w oczach.
-W Pokoju Wspólnym.
Kiedy Hermiona znalazła Harrego, nadal był nieprzytomny więc dziewczyna zabrała go do Skrzydła Szpitalnego.

***

W Skrzydle pani Pomfrey zbadała Harrego i stwierdzając niedożywienie postanowiła zacząć podawać mu jedzenie dożylnie, a kiedy się obudzi podać mu coś do zjedzenia .
-Jeżeli chcesz możesz z nim zostać, skarbie- powiedziała do Hermiony. Dziewczyna skinęła głową ale ewidentnie było widać że chce się o coś zapytać. - Coś jeszcze chcesz powiedzieć? - zapytała pielęgniarka
- Właściwie to tak. Bo ja myślę, że Harry ma anoreksję i czy to może mieć jakiś związek z tymi jego omdleniami?
-Omdlenia? Jak dużo razy zdarzyło mu się to już?
-Hmm... Zemdlał już 5 razy w ciągu tego tygodnia, a już od około 2 miesięcy prawie nie je!
-A wiesz może ile waży i jaki jest wysoki- zapytała znów.
-Ma 171cm wzrostu, a waży około 52kg.
-Hermiono, obawiam się że możesz mieć rację co do Harrego... Niestety nawet w naszym świecie nie ma metody na anoreksję. Można by rzucić na osobę chorą Imperiusa i zmusić ja do jedzenia, ale to jest nielegalne, nawet w takich przypadkach. Zresztą nawet gdyby to było legalne, nie zrobiłabym tego.
-Czyli trzeba go wysłać do mugolskiego szpitala? Na oddział psychiatryczny?!
-Chyba to będzie najrozsądniejsze rozwiązanie. Kilka osób z Hogwartu było już tam i większości się udało.
-WIĘKSZOŚCI?! Ale... Ale Harry da sobie radę? Prawda?
-Oczywiście panno Granger, nie ma się co martwić. – Pielęgniarka uśmiechnęła się do niej ciepło
Hermiona dalej była blada ale wyglądała już spokojniej. Pocałowała Harrego w czoło i pochylając się nad nim powiedziała mu do ucha 'Dasz radę, Voldemorta załatwiłeś, więc i z anoreksją sobie poradzisz'.

-Zabierze pani go już teraz?

***

Kiedy Harry się obudził zauważył że znajduje się w nieznanym sobie pokoju.

- Gdzie ja do cholery jestem?-zastanawiał się przez chwilę, patrząc po gołej ścianie, prostej szafie w rogu, małej szafeczce przy łóżku i łóżku. Chłopak wstał z łóżka i podszedł do dzwi, ale okazały się one zamknięte. Podszedł więc do okna i zobaczył piękny park. Znajdował się na piętrze, co ocenił po odległości do ziemi. Drzewa nie miały już żadnych liści, ale pod nimi leżało ich mnóstwo, czerwone, żółte i  pomarańczowe plamki wyglądały przepięknie.  Po chwili usłyszał że ktoś otwiera drzwi, odwrócił się i chciał sięgać po różdżkę ale okazało się że nie ma jej w tylnej kieszeni jego jeansów. W drzwiach stała jakaś kobieta i uśmiechała się do niego.
-Cześć Harry-powiedziała- nazywam się Bethany i jestem pielęgniarką. Chodź, mam cię zabrać na badania kiedy tylko się obudzisz.
Harry chcąc, nie chcąc wstał i poszedł za nią.
Kiedy wyszedł na korytarz zauważył że jest on długi, a ściany sa w kolorze jasnej zieleni z białymi motywami. Co kilka metrów znajdowały się drzwi takie same jak te z których przed chwilą wyszli. Na ścianach wisiało kilka tablic korkowych i obrazków. Podłoga była wyłożona niebieską wykładziną, wokół białych drzwi było czarne obramowanie. Okna, umiejscowione po obu końcach korytarza, miały białe firanki, na parapetach stały niebieskie i białe kwiatki w plastikowych doniczkach.
-Chodź za mną Harry, doktor Frank pewnie już czeka-powiedziała Bethany.
Zeszli razem ze schodów, które były oczywiście nieskazitenie białe i miały piękną błękitną poręcz.
Na dole Harry zobaczył recepcje, a za nią szklane drzwi. Na dworze było jasno i wyglądało na to, że jest ciepło. W tym momencie chłopak zapragnął znaleźć się na błoniach Hogwartu razem z przyjaciółmi; wiecznie zaczytaną Hermioną, rozgadanym Ronem, zabawną Ginny, niezdarnym Nevillem i zamyśloną Luną. Po chwili marzeń wrócił do rzeczywistości i zaczął się zastanawiać gdzie on w ogóle jest.
-Bethy, a tak właściwie to gdzie ja jestem?- Zapytał, uważnie obserwując kobietę.
- W szpitalu Warringtona w Londynie na oddziale psychiatrycznym.
-Cooo?! Dlaczego się tu znalazłem? Przecież nie jestem świrem!-krzyknął chłopak.
-Harry, masz anoreksję, pozatym to nieładnie tak mówić-upomniała go pielęgniarka patrząc na niego surowo.
-Przepraszam-rzekł Czarnowłosy i spuścił wzrok ze skruchą.
Szli w ciszy, lecz po chwili Bethy wskazała ręką podwójne szkane drzwi -Tam jest stołówka, śniadanie jest od 8 do 9, drugie śniadanie między 11 a 12, obiad o 15 i kolacja od 19 do 20. Tam na końcu korytarza - wskazała ręką- jest sala w której będziesz miał zajęcia ze swoją grupą, są one codziennie w różnych godzinach, w zależności od waszej terapeutki. Już zaraz dojdziemy do gabinetu.
Pielęgniarka podeszła do białych drzwi i otworzyła je po czym zaprosiła go gestem do środka.
W środku był stary lekarz i uśmiechnięta lekarka
- Dzień dobry Harry, jestem Frank, A to Sarah-powiedział mężczyzna i razem z kobietą wstali- musimy cię zważyć i zmierzyć - wskazał ręką na szpitalną wagę stojącą w kącie - ale najpierw musisz się rozebrać do bielizny.
Czarnowłosy podszedł wąskiej kozetki stojącej w pobliżu wagi i ściągnął ubranie. Stanął na wadze, a Frank odczytał wskazanie, 50.16, ha! Harry wiedział że jego waga była popsuta, ważył mniej niż tam, i zapisał je na jakiejś karcie. - A teraz podejdź tu Sarah cię zmierzy.
Harry posłusznie podreptał w stronę lekarki.
-Stań pod ścianą, o tutaj-wskazała mu miejsce gdzie na ścianie była miarka. -Masz 172cm wzrostu. A teraz pójdziesz do stołówki coś zejść, za godzinę będziesz miał zajęcia ze swoją grupą. Bethany zaprowadzi cię na stolowke i poczeka aż zjesz-oznajmiła.
Harry wyszedł z gabinetu, przed nim czekała już Bethy.
-Wolisz zjeść teraz makaron z sosem warzywnym czy risotto?
Harry zastanowił się chwilę w myślach podliczył kalorie i powiedział:
- A mogę nie jeść?
Pielęgniarka popatrzyła na niego surowo.
- Coś musisz zjeść, wiem że to może być trudne ale chociaż spróbuj-poprosiła.
-No to niech już będzie będzie ten makaron.
Weszli do pustej stołówki, Bethany poprosiła go, aby zajął miejsce po czym poszła do kuchni po jedzenie. - Proszę-powiedziała chwilę później stawiając przed nim ogromną porcję.
Harry ze zgrozą popatrzył na talerz i zapytał - muszę zjeść wszystko? Przecież to porcja dla słonia!
-Zjedz przynajmniej połowę-poprosiła pielęgniarka.
Harry zaczął bez przekonania grzebać w widelcem w talerzu, zjadł kilka kawałków warzyw i trzy makarony, a potem odsunął od siebie talerz.
-Już się najadłem-powiedział
-To nie była połowa, zjedz jeszcze trochę.
-Już nie mogę, wiesz ile tu jest kalorii? Tysiące!-Harry podniósł głos.
-No dobrze, jak na pierwszy raz nie było najgorzej, niektórzy wogóle odmawiali jedzenia czegokolwiek, ale pamiętaj, następnym razem będziesz siedział tak długo, aż zjesz wszystko - powiedziała twardo. - A teraz chodź, twoje zajęcia grupowe właśnie się zaczynają.
Po chwili podróży korytarzem weszli do okrągłej sali w której, po okręgu, ustawiono krzesła. Większość z nich była zajęta, Harry przesunął wyrokiem po twarzach obecnych i ze zdziwieniem, wśród nieznajomych, zauważył blond włosy Malfoya.
-Malfoy? Co ty tu robisz?
-Potter, zbierz szczękę z podłogi, bo wyglądasz okropnie. Pogadamy później. Siadaj.
Jak zwykle miał jakąś odpowiedź, cholera - pomyślał po czym z konsternacją opuścił brwi i usiadł obok dziewczyny z różowymi włosami. Zamknął usta i zaczął przeklinać Ślizgona w myślach. W sali było w sumie 14 osób, 15 razem z nim. Wszyscy wyglądali na mniej, więcej w jego wieku.
Różowowłosa, obok której usiadł, uśmiechnęła się do niego. Chłopak zauważył, że ma zabandażowane nadgarstki - A więc się tnie - pomyślał - co ja tu robię z kimś takim?
Nagle do sali weszła około 40letnia kobieta.
-Proszę wstać, sąd idzie!- zawołała dziewczyna obok niego i poderwała się z miejsca. Cała sala wybuchła śmiechem, nawet Malfoy i ofiara żartu uśmiechnęli się lekko.
-To ci się udało Olivio-kobieta uśmiechnęła się do Różowowłosej.-Rozprawę poprowadzi sędzia Johanna Smith. No dobra teraz na poważnie. Mamy nowego gościa, a więc trzeba się przedstawić. Wszyscy kolejno wstają, przedstawiają się i mówią dlaczego tu są. Harry, najpierw ty przedstaw się innym.
-Dobrze. Jestem Harry, nie wiem dlaczego tu jestem. Po prostu się tu obudziłem i tyle.
-Ok. Jestem Maggie, lubię książki i jestem tu bo mam bulimię. - niska, krótkowłosa i chorobliwie blada dziewczyna uśmiechnęła się do niego.
-Hej Harry, ja jestem Paul lubię grać na perkusji, ale brałem dragi i teraz muszę tu siedzieć- brunet z słuchawkami na szyji uśmiechnął się kwaśno, i szturchnął chłopaka siedzącego obok.
- Jestem Josh i mam schizę... Ogarniasz? Trzęsące się ręce itp. – chłopak puściło do niego oko i również uśmiechnął się, był całkiem przystojny. Niebieskie oczy i ładnie ścięte brązowe włosy, a do tego powalający uśmiech. Harry odpowiedział uśmiechem na uśmiech. Gryfon już w 4 klasie odkrył że jest gejem, podczas roku szkolnego i turnieju podkochiwał się nawet w Cedricu. Ale potem musiał pokonać Voldemorta i kiedy to już się skończyło nie myślał o żadnym związku. Ale teraz, czemu nie? -zapytał sam siebie. I myślami wrócił do sali.
- Dorothe, anoreksja. - powiedziała nieprzyjaźnie wysoka, brązowowłosa dziewczyna, patrząc na niego spode łba. Była niewiarywgodnie chuda i Harry dziwił się że ma jeszcze siłę chodzić, bo wyglądała na bardzo słabą.
-Clarissa, anorektyczka-bardzo chuda dziewczyna pomachała do niego. Chłopak popatrzył na jej rękę którą wyglądała na tak kruchą i chudą, jakby była z papieru.
-Draco, także anoreksja powiedział Malfoy, oczy Harrego spojrzały w stalowo-szare tęczówki czarodzieja i ujrzały w nich seksowne iskierki. Te oczy były zdecydowanie ładniejsze niż te Josha...- ta myśl wyrwała się Harryemu bez jego wiedzy i kiedy tylko rozbrzmiała, przeraziła chłopaka z oczami koloru Avady. Skąd mu przyszła do głowy TAKA myśl? W oczach Malfoya nie było nic cudownego, bo to był Draco pieprzony Malfoy. I co to za iskierki w oczach Fretki? Może on też uważa że oczy Harrego są ładne? STOP! Co się działo z Harrym? To był po prostu błysk w oku, żadne iskierki a tym bardziej nie seksowne.  Koniec myślenia o tym Ślizgonie.
-... Mickey... Bulimia...-do Harrego dolatywały tylko pojedyncze słowa bo dalej spoglądał w hipnotyzujące oczy Blondyna.
- Jestem David mam zaburzenia rzeczywistości- odezwał się kolejny wysoki i przystojny chłopak w niebieskiej koszulce, która doskonale uwidaczniała jego mięśnie.
- Stacy- niska, niepozorna dziewczyna podniosła ręce w górę pokazując mu nadgarstki - cały czas próbuje.
- Hayleen, heroina i samookaleczanie - blondynka, z szarą twarzą i cieniami pod oczami uśmiechnęła się do niego, jak prawie wszyscy. -Dlaczego oni wszyscy tu są? Wyglądają na niewiarygodnie miłych, co oni tu robią?-zastanawiał się Harry.
-Robert-chłopak skinął mu głową- anoreksja i bulimia-wyglądał jak wrak człowieka, szkielet i tyle.
-Sebastian
-Ally
-Najlepsze na koniec, nie?-powiedziała siedząca obok niego Różowowłosa. - Olivia, przy której nie można mieć ostrych przedmiotów- dziewczyna uśmiechnęła się do niego szeroko, a Gryfon od razu pomyślał że się zaprzyjaźnią i odwzajemnił uśmiech.
-Skoro to już wszyscy, ja jestem Johanna i jestem waszym wychowawcą. -Kobieta uśmiechnęła się do niego ciepło.

***

Kiedy terapia się skończyła, mogli wrócić do swoich pokoi lecz za pół godziny mieli stawić się w stołówce na obiedzie.
Harry wyszedł z sali rozmawiając z Olivią, dowiedział się od niej że ona też nie ma rodziców, bo kilka miesięcy temu mieli wypadek samochodowy, to po tym wydarzeniu Olivia pękła i zaczęła się okaleczać.
-Czasami mam wrażenie że to moja wina, nie, ja WIEM że to moja wina, bo gdybym nie poszła na tamtą głupią imprezę to oni nie jechali by po mnie i nie wpadli by do tego cholernego jeziora- dziewczyna płakała, a Harry objął ją chcąc pocieszyć.
-Moi rodzice też nie żyją-poinformował ją cicho.- Mieliśmy wypadek, kiedy miałem roczek, oni zginęli a ja przeżyłem i teraz mam to- podniósł ręką włosy z czoła i pokazał jej swoją bliznę, opowiedział jej historię wymyśloną przez Dursleyów, bo przecież nie mógł jej powiedzieć że Voledomrt - szalony czarnoksiężnik, ich zabił chcąc go dopaść.
Rozmawiali jeszcze chwilę idąc w stronę pokoi, Olivia przestała płakać i opowiadała mu o życiu na oddziale- W tygodniu mamy zajęcia jak w szkole plus terapia grupowa i trzy razy w tygodniu indywidualna. W weekendy często gdzieś wychodzimy, na przykład do kina, ale to tylko ci którzy nie podpadli w tygodniu. Na posiłki trzeba się stawiać zawsze nawet jak się nie jest głodnym, chociaż wy anorektycy musicie jeść nawet jak nie jesteście głodni czyli zawsze.
Posiłki trwają około pół godziny, ale jak nie zjesz tego co dostaniesz, to siedzisz tam tak długo, aż nie skończysz. Najdłużej w stołówce zostają anorektycy i czasami bulimicy - Harry słuchał i potakiwał co jakiś czas, a Olivia gadała i gadała, po pewnym czasie skojarzyła się chłopakowi z Ginny, która również była straszną gadułą. Kiedy weszli na piętro, Różowowłosa poprowadziła go w głąb korytarza.
-Tu jest świetlica, następne drzwi to pokój telewizyjny, dalej są pokoje, ja tam mieszkam, pod numerem 17 akurat tyle mam lat-uśmiechnęła się - wchodzisz? - Zapytała.
-Jasne-powiedział i już miał przekraczać próg, kiedy nagle ktoś złapał go za ramię i zatrzymał, odwrócił się i zobaczył Malfoya. - Czego chcesz ?-zapytał.
-Cześć Olivio - posłał jej olśniewający uśmiech - porywam na chwilę Harrego, dobrze?
-Ah... Draco, oczywiście, jeśli Harry nie ma nic przeciwko to jasne.
-Chodź Potter, musimy pogadać-zwrócił się do czarnowłosego i pociągnął go za sobą. Zatrzymał się przy drzwiach numer 13, otworzył je i wepchnął chłopaka do środka, zamykając drzwi za sobą. Podszedł do łóżka i rzucił się na nie po czym poklepał miejsce obok siebie.
Kiedy Gryfon usiadł blondyn odezwał się.
- Potter, TY tutaj?-powiedziała autentycznie zdziwiony.
-Malfoy, ty tutaj?- odezwał się w tej samej chwili Harry.
-To że ja tu jestem nie jest zaskoczeniem dla inteligentnych ludzi. Każdy, oczywiście oprócz ciebie, zauważył że się głodzę. Naprawdę jesteś tak głupi, że nie zauważyłeś jaki jestem chudy? Ale ciebie akurat nie spodziewałem się tu zobaczyć. Czy to nie dziwne? Nasz ukochany Bohater, Zbawca czarodziejskiego świata nie je? Chyba nie chcesz zawieść swoich fanów i umrzeć, przecież podobno jesteś nieśmiertelny - zaśmiał się odrobinę szyderczo.- Naprawdę niezłe- złośliwy uśmiech Dracona nie opuszczał jego ust.
-To tu tkwisz tak długo Malfoy? Niedawno zastanawiałem się gdzie jesteś bo nie widywałem cię w Hogwarcie.
- To pewnie Granger zauważyła że mnie nie ma, a nie ty matołku - i znów ten uśmiech.
- Zamknij się Fretko, a teraz lepiej powiedz mi gdzie jest moja różdżka?
-Myślę że masz ja w spodniach-Ślizgon znowu popatrzył na niego z ironią.
-Nie właśnie tam jej nie ma, sprawdzałem-powiedział zdenerwowany Potter nie łapiąc aluzji Ślizgona.
-Każdy facet ma w spodniach swoją RÓŻDŻKĘ-Draco popatrzył na niego roześmianymi oczami, po czym powiódł nimi od jego oczu do kroku i z powrotem- if you know what I mean oczywiście/of course  ( Kama, jak bardziej pasuje?) .
Harry zaczerwienił się jak okropnie i szybko odwrócił wzrok. -Nie o to mi chodziło i dobrze o tym wiesz Malfoy.
- Wiem, wiem ale nie mogłem przegapić twojego zawstydzonego wyrazu twarzy, ale teraz mam propozycję. Nazywam się Draco i wszyscy stąd tak do mnie mówią, więc może ty też zaczniesz Harry?- widać było że włożył dużo trudu w powiedzenie imienia Harrego, więc Gryfon postanowił się zgodzić.
-Dobrze, Draco- imię ślizgona nie było aż takie trudne do przejścia przez gardło.-Zastanawiam się tylko dlaczego jesteś dla mnie względnie miły, zaprosiłeś mnie do swojego pokoju i do tej pory nie usłyszałem żadnej straszliwiej obelgi, którymi zwykle mnie obrzucasz.
-Wcale nie jestem miły Potter-Harry popatrzył na niego znad okularów-Harry-poprawił się. - No dobra jesteś pierwszym czarodziejem którego widzę od 2 miesięcy, nie mogę opuszczać oddziału, nie mam różdżki, i nikt nie może mnie odwiedzać więc nie jest dobrze- poskarżył się i popatrzył smutno na Gryfona, Harry przez chwilę miał ochotę przytulić go i pocieszyć, ale na szczęście szybko mu przeszło. Zamiast tego powiedział:
-Dobra Draco, od dzisiaj siedzimy w tym razem, nie będziesz samotny - i uśmiechnął się. Lekko zdziwił się kiedy Malfoy oddał uśmiech.
-A teraz chodź na stołówkę bo nie zabiorą nas w sobotę do kina na ."Eragona"- powiedział nagle blondyn.
-TY czytasz fantasy? I do tego "Eragona"? To moja ulubiona książka!- zawołał Harry-chciałem wymknąć się ze szkoły na film, ale nie miałem z kim!
-A więc teraz masz partnera-Draco zaśmiał się. - Jeszcze nie spotkałem nikogo kto go lubi, to też moja ulubiona książka, a Pansy i Blaise zawsze się ze mnie śmieją, kiedy o tym wspominam.
Harry zaśmiał się i powiedział-To samo mam z Hermioną i Ronem. - no proszę, -pomyślał Harry - chwila rozmowy a już byli sobie bardziej bliscy niż po 5 latach znajomości.

***

Kiedy Draco i Harry weszli do jadalni nikt nie zwrócił na nich szczególnej uwagi.
"Jakbyśmy weszli razem do Wielkiej Sali to wzbudzilibyśmy niezłą sensację. Hogwart mijały co wspominać przez kilka najbliższych stuleci" pomyślał Gryfon.
Blondyn poprowadził Harryego do podłużnego stołu, stojącego pod jedną ze ścian i powiedział
-Znajdź swoje nazwisko, tam będzie twoja kolacja.
Draco od razu podszedł do karteczki ze swoim nazwiskiem i wziął tackę, na której był talerz i szklanka soku. Kiedy czarnowłosy znalazł swój posiłek, zauważył że dostali to samo: dwie duże kromki ciemnego chleba, jajko gotowane i pół pomidora. W szklankach był sok pomarańczowy.
-I niby mam to wszystko zjeść? -zapytał Harry.
-Chodź do stolika, tam sobie pomarudzisz-mruknął tylko Malfoy i zaprowadził go do stolika przy którym siedziała już Olivia, Maggie i Sebastian .
-Siadaj tutaj Gryfiaku, ja usiądę gdzieś indziej.
-Nie możemy usiąść razem? czuje się trochę nieswojo, a tylko ciebie tu znam.
-Nie znasz mnie Potter, nie tak NA PRAWDĘ. Nigdzie nie ma podwójnych wolnych miejsc. A tu siedzi Olivia, którą, jak przypuszczam polubiłeś.
Gryfon chcąc nie chcąc usiadł między Olivią, a Sebastianem.
-I jak tam Harry? Niech zgadnę, musisz zjeść strasznie dużo? -zaśmiała się Różowowłosa kiedy tylko zajął miejsce obok niej. - Wnioskuje to z twojej niezadowolonej miny. Nie musisz się tak martwić, ja mam więcej-i pokazała mu swoje 3kanapki z szynką, serem (Harry wzdrygnął się na samą myśl że musiał by zjeść ser żółty), pomidorem i ogórkiem.
-No to jemy - powiedziała Maggie.
Harry spojrzał na nią ze zdziwieniem.
- Przecież jesteś anorektyczką, więc nie powinnaś chcieć jeść.
-To dlatego się tu znalazłam, ale... ale teraz chce się już stąd wyrywać, jestem tu od 8 miesięcy i chcę w końcu wrócić do przyjaciół, chłopaka i rodziców - dziewczyna rozpłakała się. - Przepraszam, jestem teraz trochę za bardzo emocjonalna - powiedziała wycierając oczy i nos chusteczką.
-Dobrze że chcesz z tego wyjść - powiedziała Olivia i uśmiechnęła się do niej ciepło.

***

Stołówka powoli pustoszała, zostało już tylko kilka osób, w tym Harry i Draco.
-Jak zaraz tego nie zjecie to siedzicie kolejne pół godziny-mówiła pielęgniarka przechodząc się po sali.
Harry popatrzył na talerz Dracona, zniknęło z niego już wszystko, teraz siedział nad szklanką soku.
"'Skoro on dał radę to ja też mogę to zjeść, on jest przeraźliwie chudy i mu się zmieściło więc on-gruby Harry-na pewno też da radę" pomyślał Gryfon. Zaczął jeść, szybko, bo chciał to jak najszybciej skończyć. Akurat tak wyszło że skończył równo z Malfoyem.
-Brawo, ja przez pierwsze 2 tygodnie nic nie jadłem i musieli zacząć karmić mnie kroplówką-zaczął Blondyn.
- Nie chciałem być gorszy od ciebie, a ty zjadłeś... - powiedział cicho Harry.
-Hahaha... Tobie zależy tylko na rywalizacji ze mną. Powiedz mi dlaczego?-zapytał ruszając w kierunku sypialni i zapraszając go gestem do pójścia za sobą.
-To nie prawda, po prostu, tylko ty masz odwagę ze mną rywalizować, a inni tylko płaszczą się przede mną. Zawsze cię za to podziwiałem - wyznał.
-Wow. Sławny Harry Potter, mnie podziwiał? Fajnie - Draco uśmiechnął się do Zbawiciela czarodziejskiego świata. - A teraz pozwolisz że cię odprowadzę- powiedział szarmancko, a Harry aż się zarumienił słysząc taki ton. Przypomiał sobie swoje myśli na terapii i teraz idąc obok Malfoya, kątem oka przyglądał mu się i zastanawiał się dlaczego on jest taki doskonały. Jego piękne, niebieskie oczy lśniły, usta-boże takie cudowne usta, różowe wargi były rozchylone lekko jakby w oczekiwaniu na pocałunek, skóra tak gładka i delikatna...
-Malfoy dlaczego jesteś taki doskonały?- zapytał się w myślach, a może i na głos, bo Draco popatrzył na niego dziwnie. -Yyy... Powiedziałem to na głos?
-Tak Gryfiaku-Ślizgon uśmiechnął się. -Miło że myślisz że jestem doskonały.
Stanęli przy drzwiach do sypialni Harrego którą znajdowała się obok sypialni Dracona. Harry położył dłoń na klamce i przez chwilę poczuł się jakby po udanej randce Draco odprowadził go pod dom. Przeżył taką sytuację w lecie kiedy był u Dursleyów jednak tamten chłopak okazał się być totalną klapą. Draco najwidoczniej też poczuł się jak po randce bo nagle pochylił się nad nim i pocałował go lekko w usta. Harry z wrażenia otworzył je trochę, a Draco uznając to za zaproszenie, pogłębił pocałunek podnosząc ręce . wkładając mu palce we włosy.
Harremu bardzo podobał się ten pocałunek i odwzajemnił go, zapominając, że był jego największy wróg przez 5 lat. Usta ślizgona smakowały sokiem pomarańczowym i miętą. Potter położył swoją dłoń na policzku blondyna gładząc jego idealną skórę. Doskonale czuł pod palcami jego piękne kości policzkowe. W końcu oderwali się od siebie. Draco popatrzył w zielone oczy Harrego. - To było... wow. Świetnie całujesz-odezwał się Gryfon, czerwieniąc się.
-Lata praktyki-zaśmiał się Draco. -Ty też nie jesteś do niczego w tych sprawach.
-Uh... Tak, dzięki- Harry zaczerwienił się jeszcze bardziej o ile to było możliwe. - Ja myślę że powinniśmy iść spać, zaraz cisza nocną- powiedział chwilę potem.
-Tak, racja. To do zobaczenia jutro Harry. Dobranoc.


niedziela, 1 września 2013

"Odejścia i powroty"

Tak ,wiem... nie umiem wymyślać tytułów XD Dziś mam znowu mega krótkie opowiadanie, tym razem własne. Pisałam je już dawno temu, ale jakoś nigdy go nie dokończyłam, więc teraz w końcu się za to wziełam. W sumie było to moje pierwsze opowiadanie yaoi :D Nie jest ono jakieś wybitne, ale raczej takie dla zabicia czasu. I tak, wiem, że nie umiem pisać scen łóżkowych xD

edit: nie, proszę nie czytajcie tego, bo to szit xD

+18!

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Naoki biegał wściekły po pokoju.
 -Co mam zrobić, żebyś wreszcie mnie słuchał?! - wrzasnął łapiąc biednego Yukio za nadgarstki i przyciskając go do ściany.
- N-nie wiem... - pisnął cichutko Yukio i przekręcił głowę w bok.
- Czy ty cokolwiek wiesz?! - Naoki znów podniósł głos po czym rzucił Yukio na łóżko. Usiadł na jego biodrach, przytrzymał jego ręce i pocałował krótko w czoło. - Kochasz mnie? - powiedział tym razem nieco spokojniej.
- N-no tak...chyba..n-nie wiem...
Naoki gwałtownie rozpiął mu spodnie i zsunął je do kolan.
- Kochasz...?
Yukio zacisnął mocno wargi po czym odpowiedział:
- N-t-tak... - zawahał się.
- Nie kochasz mnie. Widzę to po tobie. - Naoki zszedł z niego i usiadł na końcu łóżka z posępniałą miną.
- Nie mów tak! T-to nie prawda...Po prostu...
- Co mam zrobić, żebyś mnie pokochał...? - powiedział szeptem niemal ze łzami w oczach.
Yukio milczał przez dłuższą chwilę przyglądając się mu z uwagą. Naoki jeszcze nigdy nie był taki smutny. 
- Jeśli mnie nie kochasz to po prostu powiedz. 
- To nie tak, że cię nie kocham... Ja...ja...
Naoki spojrzał na niego z nadzieją. W pokoju było dość ciemno. Paliło się jedynie światło w holu.
- Wręcz przeciwnie. Ja...cię kocham. - ostatnie słowa wypowiedział tak cicho, że nie można ich było zrozumieć.
- Uh...powtórz proszę.
Nastała cisza. Naoki wpatrywał się w Yukio jakby był bogiem, który za pomocą dwóch słów mógł wszystko zmienić. Niestety te dwa słowa nie zostały wypowiedziane. W końcu Naoki wstał z łóżka, podszedł do szafy i zaczął się pakować.
- C-co ty robisz?! 
- Pakuję się, nie widzisz? - spojrzał na niego jak na idiotę - Wyprowadzam się. Mieszkanie zostawiam tobie, żebyś miał mnie nareszcie z głowy. 
Naoki zapiął walizkę i ruszył do przedpokoju w celu założenia butów i kurtki.
- Nie możesz! - krzyknął w końcu Yukio ze łzami w oczach.
- Niby czemu?
- B-bo...jak mnie zostawisz...to co ja bez ciebie zrobię?... - rozbeczał się jak malutkie dziecko.
Naoki podszedł do niego i położył rękę na jego głowie.
- Spokojnie. Dasz sobie radę. Wcześniej dawałeś to teraz też dasz.
Yukio podniósł głowę i wpatrywał się przez chwilę w niego. Naoki przybliżył się jeszcze bardziej, by złożyć na jego ustach ostatni pocałunek, jednak w ostatniej chwili zatrzymał się i ruszył w stronę drzwi. Yukio otworzył ze zdziwienia buzię i raz jeszcze zaczął chlipać pod nosem.
- N-nie...Proszę...Zostań ze mną... - powiedział słabo, ledwie słyszalnie.
Naoki stał jeszcze chwilę w drzwiach patrząc na ukochanego i gdy już miał wyjść usłyszał słowa, które go wmurowały.
- Ja... Nie chciałem... Tak naprawdę... Kocham Cię! - powiedział Yukio jeszcze głośniej płacząc.
- Cieszę się. Ja też cię kocham. - odpowiedział z lekkim uśmiechem po czym odłożył walizki i zamknął drzwi.
Yukio natychmiast przestał chlipać i zrobił wielkie oczy ze zdziwienia.
- W-więc...zostaniesz? - mruknął cichutko z nadzieją.
- Tak. Jeśli tego chcesz to zostanę z tobą. Nie chcę ci robić krzywdy... - podszedł do Yukio i objął go czule ramieniem - Mogę?
Yukio pokiwał głową na zgodę
- T-tak.
Naoki pocałował go delikatnie.
- Kocham Cię 
- Yhm. - stęknął Yukio odwzajemniając pocałunki z pewną nieśmiałością.
Naoki położył Yukio na łóżku i zaczął całować go po szyi i obojczykach. Yukio z cichymi westchnięciami poddawał się jego pieszczotom. Szybkim ruchem Naoki rozpiął mu spodnie i zaczął masować jego męskość. Yukio od razu zamknął oczy z zawstydzeniem.
- Cieszę się... że cie mam... - wydyszał Naoki.
Yukio milczał wpatrując się w niego ukradkiem. Na to Naoki wsunął rękę do bokserek Yukio i zaczął bawić się jego męskością tym samym sprawiając mu przyjemność. Wyciągnął rękę i dokładnie oblizał po czym ściągnął swoje spodnie wraz z bielizną i rzucił w kąt. Yukio przypatrywał się temu przymkniętymi oczami wiercąc się niecierpliwie pod kochankiem. Naoki widząc to wrócił do pieszczot. Uśmiechnął się pod nosem i schylił do krocza Yukio. Wziął jego członka do ust i zaczął delikatnie ssać. Nie trwało to długo.
- Ahh! - Yukio momentalnie wygiął się pod Naokim dochodząc.
- Szybko poszło - skomentował Naoki wciąż się uśmiechając. Ściągnął z kochanka i z siebie reszte ubrań po czym włożył w niego jeden palec. - Dobrze?
- Ngh...T-tak... - sapnął Yukio.
Naoki ponownie zaczął pieścić jego członka i po chwili włożył drugi palec. Yukio wzdrygnął się.
- Powiedz mi kiedy cie zaboli to przestanę. - to mówiąc dołożył trzeciego palca.
- AH!
- Przepraszam...
- N-nie szkodzi - wyjąkał Yukio.
Naoki przestał na chwilę ruszać palcami.
- Yh... już... dobrze - powiedział Yukio z trudem łapiąc oddech.
- Pamiętaj, że nie chcę cię skrzywdzić. Jesteś już gotowy. - Naoki wyjął palce i powoli zbliżył swojego członka do dziurki kochanka. Włożył czubek po czym wepchnął go do połowy.
- Ma-ahh! - Yukio zagryzł wargi by stłumić krzyk.
- Wybacz - Naoki pochylił się i pocałował Yukio namiętnie. Po krótkiej chwili wszedł w niego cały i lekko się poruszył. Słyszał stłumione jęki chłopaka pod sobą. - Zaraz się przyzwyczaisz... Uwierz... - Znów się poruszył. Zaczął jedną ręką masować krocze kochanka a drugą jego sutki.
- Już... dość dawno tego nie robiliśmy... - powiedział szeptem Yukio.
- Tak dobrze?
- Tak - na jego twarzy malowała się rozkosz.
- Chcesz, żebyśmy przestali?
- N-niee.
Naoki kontynuował pieszczoty i poruszał się coraz szybciej. Wkrótce doszli niemal jednocześnie z głośnym jękiem. Naoki wysunął się z kochanka i oboje opadli na łóżko obok siebie dysząc i sapiąc. Yukio przybliżył się i pocałował Naokiego czule. Zamknął oczy.
- Zmęczony jesteś - Naoki wytarł kochanka jego koszulką leżącą w pobliżu.
- Yhm - Yukio złapał Naokiego za rękę nie otwierając oczu. Już po chwili zasnął.
Naoki pocałował go jeszcze w czoło i przykrył kołdrą. Sięgnął do szuflady po paczkę z papierosami i zapalił jednego. Myślał tak przez dłuższą chwilę, a gdy skończył palić przytulił do siebie Yukio i zasnął.